Co tu ukrywać, faworki wymagają trochę pracy, ale warte są tego wysiłku. Najlepiej się robi je w dwie osoby – wtedy jedna wałkuje i wycina faworki, a druga przekłada, smaży i układa na półmiskach. Ale w jedną osobę też spokojnie można je zrobić. Dobrze zrobione faworki są tak cieniutkie i kruche, że często z trudem można je donieść z talerza do buzi. Pamiętam, jak kiedyś zaproponowaliśmy teściowej skorzystanie z naszej włoskiej maszynki do makaronu. Miała przed sobą do zrobienia furę faworków. Ale nie chciała, bo lubiła robić je jak zawsze. Co to znaczy? Na stole w kuchni miała ceratę. Na tym właśnie stole z ceratą wałkowała faworki. Kiedy przez ciasto było widać wzorek, można było wykrawać faworki. Jej były idealne - dokładnie takie jak powinny być. Rzec by można wzorcowe. Naszą maszynką, z mniejszym wysiłkiem, osiągaliśmy dokładnie taki sam efekt.
500 g (ok.
3 filiżanki/cups) mąki pszennej
5
żółtek
szczypta
soli
łyżka
spirytusu (lub 2 łyżki rumu lub innego mocnego alkoholu)
1 szklanka gęstej kwaśnej śmietany - czasem daję więcej, jeśli mąka jest sucha
tłuszcz do głębokiego smażenia (olej lub smalec - używam oleju rzepakowego, Canola oil)*
surowy
ziemniak lub marchewka
cukier
puder do posypania
Wyrobione
ciasto przykryć miseczką by nie obsychało. Odkrawać po małym kawałku i bardzo
cienko wałkować. Dobrze wywałkowane ciasto jest tak cienkie, że widać przez nie
wzorek blatu, na którym się je wałkuje. Przyznam, że wałkuję przy użyciu maszyny do
robienia makaronu - bez większego wysiłku wychodzą cieniutkie i kruche. W mojej maszynce wałkuję na trzy razy, ustawiając grubość na 2, 4 i 6. Wtedy wychodzą idealne.
Smażyć
porcjami na bardzo mocno rozgrzanym tłuszczu – faworki po wrzuceniu na patelnię
powinny momentalnie wypłynąć na wierzch. Do tłuszczu warto dodawać po kawałku
surowej marchewki lub ziemniaka – zapobiega to paleniu się tłuszczu.
Po
zdjęciu faworków z patelni należy je położyć na papierowym ręczniku, by
odsączyć z nich tłuszcz. Ostudzone kłaść warstwami na półmiski i posypywać
cukrem pudrem.
* Przez lata uważałam, że najlepsze faworki robi się na smalcu. Być może kiedyś tak było, gdy mieliśmy ograniczony dostęp do różnych olei, a ich jakość pozostawała wiele do życzenia. Obecnie nie używam smalcu, gdyż smalec tu dostępny to po prostu tablica Mendelejewa w całej okazałości - mówiąc krótko sama chemia. Przekonałam się, że faworki usmażone na oleju też wychodzą przepyszne. Olej rzepakowy w niczym nie przypomina tego, który pamiętam z Polski. Jeśli nie chce się z tych czy innych względów używać rzepakowego, można i innych, w tym np. kokosowego. Ja akurat nie jestem jego wielbicielką, gdyż nie przepadam za kokosem, a i zapach tego oleju mnie drażni.
* Przez lata uważałam, że najlepsze faworki robi się na smalcu. Być może kiedyś tak było, gdy mieliśmy ograniczony dostęp do różnych olei, a ich jakość pozostawała wiele do życzenia. Obecnie nie używam smalcu, gdyż smalec tu dostępny to po prostu tablica Mendelejewa w całej okazałości - mówiąc krótko sama chemia. Przekonałam się, że faworki usmażone na oleju też wychodzą przepyszne. Olej rzepakowy w niczym nie przypomina tego, który pamiętam z Polski. Jeśli nie chce się z tych czy innych względów używać rzepakowego, można i innych, w tym np. kokosowego. Ja akurat nie jestem jego wielbicielką, gdyż nie przepadam za kokosem, a i zapach tego oleju mnie drażni.

No comments:
Post a Comment