Showing posts with label kuchnia polska. Show all posts
Showing posts with label kuchnia polska. Show all posts

August 27, 2026

Ziemniaki w regionalnej kuchni

Przepisy Pawła Ochmana są mi znane od czasu, gdy stawiałyśmy sobie wegańskie wyzwania. Wtedy w poszukiwaniu inspiracji do gotowania bezmięsnego, natknęłam się na jego przepisy. Ochman nie tylko pisze książki kulinarne, ale i prowadzi blog Weganon. A może i odwrotnie - prowadzi blog, a dodatkowo pisze książki. 😉 Weganon ma dość charakterystyczne fotografie i już choćby po tym można poznać jego przepisy, nawet gdyby nie były podpisane. Ale co najważniejsze, książka Ziemniaki Pawła Ochmana oferuje sporo przepisów na nasze ulubione polskie warzywo - ziemniaka, znanego również jako kartofel. 

Nie będę kryć, że lubię kartofle. Są świetnym dodatkiem do obiadu i chyba lubię go w każdej postaci. No może tylko nie w postaci ubitych kartofli dodanych do zupy owocowej. Tu akurat smakowo mi nie pasują. Ale wszelkie kluski, ziemniaki w różnych odsłonach, placki, kotleciki czy zapiekanki naprawdę lubię. Nie dla mnie słynny tekst polskich mam - zjedz mięsko, a ziemniaczki zostaw. 😉 Skoro mam zjeść mięsko, to i ziemniaczki też zjem. Stąd, kiedy Ochman ogłosił w mediach społecznościowych, że książka ma się wkrótce ukazać, z niecierpliwością na nią czekałam. I kupiłam w dniu jej oficjalnej premiery. A teraz, po kilkunastu tygodniach jej testowania, dzielę się swoimi obserwacjami. 
Print Friendly and PDF

August 18, 2026

Chłodnik jagodowy

Chyba nie ma lepszej opcji na dzień dzisiejszy niż chłodnik jagodowy. No bo jak może być inaczej w Dniu Jagód! Na upały jakie nadal panują jest idealny. A do tego pożywny, choć i delikatny zarazem, gdyż robi się go na bazie płynnego jogurtu, kefiru lub maślanki. Ja przygotowałam chłodnik z jagód leśnych, a dodatkowo podałam do niej zwykłe jagody (tzw. borówki amerykańskie). No i leniwe kluseczki. Można je podać osobno lub w samej zupie. W każdej wersji smakują świetnie.

Print Friendly and PDF

June 27, 2026

Leniwe pierogi z truskawkami

Przez wiele lat robiłam leniwe pierogi z serka Philadelphia. Tak było szybko i prosto. Ostatnio jednak wiele razy robiłam własny ser biały, więc stało się sprawą oczywistą, że wykorzystam go i do pierogów leniwych. I za każdym razem, kiedy korzystam z własnego sera do robienia leniwych, przyznam, że dochodzę do wniosku, iż chyba jednak już nie wrócę ani do Philadelphii, ani do żadnego innego kupnego sera. Dlaczego? Bo takie leniwe wychodzą po prostu doskonałe - są delikatne i przepyszne. A nadal trwający sezon truskawkowy sprawił, że po te właśnie owoce sięgnęłam. Kiedy bowiem pojawiają się lokalne truskawki mogłabym je jeść w każdej postaci. I ten rok nie jest wyjątkiem. Truskawki dodawałam już do leniwych pierogów, ale z sosem owocowym. Dzisiaj proponuję nieco lżejszą wersję - z samymi truskawkami. Obiad jest gotowy dosłownie w pół godziny i zasyci nasze apetyty. 

Print Friendly and PDF

May 07, 2026

Pyry z gzikiem z pieczonych kartofli

Bardzo proste danie rodem z Wielkopolski, tyle że w nieco innym wydaniu. Zazwyczaj gzik podaje się do gotowanych kartofli, a ja dzisiaj proponuję te pieczone. Nie są one dla nas żadną nowością, ale zazwyczaj jadaliśmy je w wersji ze śmietaną i masłem. No i oczywiście posypane szczypiorkiem. A ostatnio wpadło mi do głowy, by podać pieczone kartofle z gzikiem. Pieczone to nieco za dużo powiedziane, ponieważ od lat robię kartofle w woreczku i mikrofalówce, dzięki czemu nie muszę grzać wielkiego piekarnika po to by upiec dwa kartofle. Ostateczny rezultat jest taki sam. Jeśli nie mamy takiego woreczka, można kartofle zawinąć w ściereczkę lub włożyć do papierowej brązowej torebki, takiej w jakiej kupuje się warzywa czy owoce sprzedawane luzem. 

Print Friendly and PDF

April 30, 2026

Szpajza, czyli śląski przysmak

Poszukując na lekcję geografii dania typowego dla kuchni śląskiej, które nie byłoby kluskami śląskimi tak uwielbianymi przez moich uczniów, odkryłam szpajzę, czyli deser bardzo dla tej kuchni charakterystyczny i bardzo popularny na Śląsku. Znany jest w niej prawdopodobnie od końca XIX wieku, a odnotowany w książkach kucharskich jeden z pierwszych przepisów na szpajzę cytrynową można znaleźć w wydanej w 1911 r. Kochbuch für Schule und Haus autorstwa Marii Wurst z 1911 roku. Szpajza znana jest też pod nazwami: ajerszpajza, szpajzy, szpajze. Najpopularniejsze smaki to cytrynowy oraz czekoladowy. Inne wersje smakowe to szpajza truskawkowa, wiśniowa, agrestowa czy waniliową.

Szpajza jest deserem na Górnym Śląsku, tradycyjnie podawanym po obiedzie podczas ważnych uroczystości rodzinnych, takich jak pierwsza komunia, wesele, jubileusze, a także podczas świąt np. Wielkanocych czy dorocznych wydarzeń, takich jak odpust parafialny. Najczęściej podaje się ją w dużych salaterkach, z których następnie nakłada się porcje do mniejszych miseczek. Ale bywa też  serwowana w osobnych pucharkach.

Print Friendly and PDF

March 30, 2026

Blok czekoladowy rodem z PRLu

Ja akurat nie jadałam tego "przysmaku", bo naszej mamie się nie chciało go robić. Ale moje koleżanki już go jadały i czasem przynosiły do szkoły się podzielić nim. Stąd też smak nie był mi obcy. Podobnie zresztą było z innymi "przysmakami" tej epoki - znałam je, ale nie z domu. Ostatnio zrobiłam go na lekcję historii by dzieciaki ucząc się o PRLu, spróbowały tego "smakołyku". 

W czasie pobytu w Warszawie, trafiłam do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie w jednej z sal, w mini-grupce wspominaliśmy czasy, gdy w naszych łazienkach na pralce gościł powiększalnik, na stołeczkach stały kuwety z wywoływaczem i utrwalaczem, a w wannie pływały czarnobiałe fotografie, właśnie wywołane. Drzwi były owinięte kocami, a nad umywalką świeciła czerwona żarówka. To była pracownia fotograficzna, otwierana po tym, kiedy ostatni domownik umył się przed snem. No i w tych właśnie okolicznościach dowiedziałam się o Muzeum Życia w PRLu, które zaraz następnego dnia odwiedziłam. A cóż lepiej pasuje do takiego bloku czekoladowego, niż wspomnienia rodem z PRLu?

Print Friendly and PDF

February 28, 2026

Grochówka

Niby robi się coraz cieplej, a jednak nadal zdarzają się dni, kiedy jest zimno i jedyne co może nas rozgrzać to talerz ciepłej zupy. Grochówka już gościła na tym blogu, ale była zrobiona na wzór takich nazwijmy to żołnierskich. Ta, choć nadal gotowana na wędzące, jest nieco lżejsza, bo ma sporo warzyw. Dzięki temu, zwłaszcza z dodatkiem chleba czosnkowego czy po prostu innego pieczywa, może stać się całym posiłkiem typu obiad lub lunch. Albo też można ją serwować wraz z lżejszym drugim daniem, typu pierogi leniwe czy naleśniki. 

Print Friendly and PDF

January 18, 2026

Papatacze

Francuzi mają swoje bułeczki pains aux raisins, a my papatacze. I wcale nie są gorsze od tych francuskich. Niektóre papatacze do złudzenia zresztą przypominają pains aux raisins - ot choćby te, w którymi ponoć zachwycił się Jan Brzechwa. Ciekawe czy to właśnie one zainspirowały poetę do umieszczenia ich w bajce o Pchle Szachrajce: 

Pchła Szachrajka po obiedzie
Do cukierni bryczką jedzie,
Już z daleka widać z bryczki
Purpurowe rękawiczki.
Pchły ciastkami zwykle gardzą,
Nasza zaś lubiła bardzo
Tartoletki, papatacze,
Ptysie, bezy i sękacze,
Rurki z kremem, tort z wiśniami
I babeczki z malinami.
Wchodzi śmiało do cukierni,
W pas kłaniają się odźwierni,
Już kelnerzy przyskakują,
Grzecznie w rączkę ją całują. 

Moje papatacze to wypadkowa sprawdzonego przepisu i nieco wyobraźni w kwestii nadzienia. A wszystko przez kolejną książkę Maryli Szymiczkowej. Uwielbiam te retro kryminały i za każdym razem zachwycam się tym, jak wspaniale opisane jest w nich mieszczańskie życie profesorowej Szczupaczyńskiej, głównej ich bohaterki. Z zamiłowania do tej serii zaczęłam planować i rundkę po Krakowie jej śladami, i kulinarną przygodę z daniami z kryminałów w roli głównej. Przyznam, że ogromny mój podziw budzi dbałość o szczegóły w tychże kryminałach. Dania serwowane w domu profesorostwa Szczupaczyńskich brzmią nie tylko  bardzo starodawnie, ale i zachęcająco. Z chęcią bym ich spróbowała. Nawet udało mi się dotrzeć do książki kucharskiej, z której korzystali autorzy ukrywający się pod pseudonimem Maryli Szymiczkowej. I kiedyś, mam nadzieję w niedalekiej przyszłości, uda mi się zrealizować - przynajmniej częściowo - plan próbowania dań jakie gotowała Franciszka dla profesorostwa Szczupaczyńskich. A tymczasem zrobiłam papatacze, które pojawiły się w najnowszym tomie kryminału "Szaleństwo i śmierć spłyną z gór". 

Print Friendly and PDF

November 12, 2025

Szarlotka sypana

Szarlotki zawsze cieszyły się u nas popularnością, zwłaszcza, że co roku jeździmy po jabłka i mamy ich całą masę. Ta jest najprostszą szarlotką jaką znam - może ją zrobić każdy bez obawy, że mu się nie uda. Jest też bardzo szybka w wykonaniu, bo jak sama nazwa wskazuje składniki się po prostu sypie do formy, a nie wyrabia z nich ciasto. 

Szarlotka sypana od lat podbija serca wielbicieli szarlotek, a ja chyba równie długo szykowałam się by zamieścić ten wpis. Pierwsze jej zdjęcia znalazłam na telefonie z datą sprzed ponad 10 lat. No cóż - lepiej późno niż wcale. 

Print Friendly and PDF

November 08, 2025

Przypalanka - podkarpacka zupa kartoflana na żeberkach

Pozostając przy potrawach regionalnych, warto spróbować podkarpackiej zupy na żeberkach. Ponieważ od lat wyszukuję i chętnie sięgam po regionalne przepisy, ten mnie zainteresował, bo oparty był na prostych składnikach, a sama zupa idealna na dni, kiedy potrzebny jest w miarę szybki obiad - najlepiej jednogarnkowy i nabierający smaku wraz z gotowaniem. 
Na terenach Kolbuszowszczyzny, przynależącej do rejonu Puszczy Sandomierskiej, grzyby są częstym dodatkiem do najróżniejszych dań, w tym zup. Nie dominują one smaku zupy, ale stanowią jej ważny akcent smakowy. Podstawą zupy są  ziemniaki, zaś żeberka je świetnie uzupełniają. 
Ponieważ nie do końca podobała mi się konsystencja zupy, moja wersja przypalanki jest zrobiona bez zasmażki i ze składnikami, które nie są tak bardzo podrobione na maleńkie kawałki. Według mnie zyskała na tym, ale jeśli wolimy zupy gęste i zawiesiste, to można zrobić ją tak, jak radzą autorki oryginalnego przepisu. 
Przepis na przypalankę pochodzi od pań z Koła Gospodyń Wiejskich z Nowej Wsi (gmina Kolbuszowa), a znaleźć go można w publikacji regionalnej województwa podkarpackiego, LGD Siedlisko Smaki Kolbuszowszczyzny. 
Print Friendly and PDF

November 05, 2025

Parzybroda chłopska z regionu świętokrzyskiego

Jakiś czas temu, za sprawą lekcji geografii z dziećmi w szkole, powróciłam do parzybrody. Kiedyś już robiłam parzybrodę, ale nieco inaczej. Niby te same składniki, ale ta poprzednia bardziej przypominała zupę. Tym razem jest to parzybroda chłopska, na którą przepis znalazłam w wydawnictwie regionalnym "Potrawy tradycyjne z regionu Gór Świętokrzyskich", opublikowanym lata temu w ramach rozpowszechniania kuchni regionalnych. Ta parzybroda różni się od poprzedniej przede wszystkim tym, jaka jest pożywna - gęstsza, z większą ilością boczku. Widać że jest to dnie proste, chłopskie, mające dać energię do pracy. Główne dwa składniki - kapusta i kartofle wyraźnie zaś wskazują na to, że jest to kuchnia prosta, z rejonów, gdzie ciężko było uprawiać cokolwiek innego z racji nieurodzajnych terenów. Nie przeszkodziło to jednak by w 2007 r. „parzybroda chłopska” zajęła pierwsze miejsce w konkursie na potrawę regionalną województwa świętokrzyskiego w Tokarni, a rok później otrzymała nagrodę Perła w konkursie „Nasze Kulinarne Dziedzictwo- Smaki Regionów”. To chyba wystarczy nam za rekomendację! Ale jak to bywa z takimi przepisami, nie posiadają one dokładnych proporcji. W przepisie czytamy tylko jakie są składniki: "Słodka kapusta, ziemniaki, boczek wędzony, kminek, zioła, sól, pieprz, liść laurowy, ziele angielskie, cebula. Wszystkie składniki pochodzą od okolicznych rolników, hodowców oraz z własnego ogródka." Podaję więc proporcje mniej więcej a przepis cytuję w oryginalnym brzemieniu. 
Parzybroda w zimne dni rozgrzeje i nasyci nas. Dla wielu, stanie się typowym comfort food. 

Print Friendly and PDF

October 28, 2025

Placki ziemniaczane z przecierem jabłkowym

Który team jesteście? Team placki ziemniaczane w wersji bez niczego? Team placki ziemniaczane z cukrem? Team placki ziemniaczane ze śmietaną? Czy też Team placki ziemniaczane z przecierem jabłkowym? Choć wiele razy robiłam placki i dzieliłam się przepisem na nie, to tym razem postawiliśmy na placki z domowej roboty przecierem, który w tym roku króluje jak nigdy dotąd w naszej diecie. Zajadamy się nim w takich ilościach, że aż dziwne, iż jeszcze się nam nie znudził. I co się okazało? Mimo, iż przecier tak bardzo nam smakuj, to jednak jesteśmy team placki ziemniaczane z cukrem lub z cukrem i śmietaną. 😀 Co nie zmienia faktu, że te placki były najlepsze jakie jedliśmy w wersji z przecierem jabłkowym. Jednak nie ma jak domowy przecier.
Print Friendly and PDF

October 20, 2025

Sok

Od dziecka uwielbiałam lekko rozgotowane śliwki. Kiedy więc w domu zaczynało się robienie powideł, pod pretekstem mieszania, by zapobiec przypaleniu, podbierałam sok - takie świeżo powstały i ciepły. Och jak on mi smakował. Teraz, ile razy robię powidła ze śliwek, również zbieram z nich nadmiar soku jaki się wytwarza w czasie pierwszej fazy ich robienia. Sok ten jest wspaniałym dodatkiem do różnych potraw więc bardzo mi się przydaję. Przyznam się szczerze, że jest tak smakowity, iż z trudem powstrzymuję się by - tak jak kiedyś - nie podjadać czy też podpijać go. Nie szykuję go na zapasy, ale przelewam do buteleczki czy też buteleczek i w ciągu kilku dni zużywam. 

Print Friendly and PDF

June 28, 2025

#18 Podróże kulinarne - polskie smaki, czyli gdzie można dobrze zjeść (część 10) - Bary mleczne w Warszawie

Kiedy w 1896 r. przy ulicy Nowy Świat w Warszawie powstał pierwszy bar pod nazwą Mleczarnia Nadświdrzańska, jego właścicielowi Stanisławowi Dłużewskiemu zapewne nie przyszło do głowy, że dwa wieki później, bary mleczne nie tylko będą nadal istniały, ale wręcz przeżywały swój renesans. Pierwszy bar mleczny miał świetną lokalizację i ogródek, a jego właściciel był ziemianinem,  przedsiębiorcą rolnym i - co nie dziwi - hodowcą krów. Zasadniczym celem baru było serwowanie tanich posiłków opartych o mleko, jajka i mąkę. W tym sensie obecne bary mleczne są inne, bo spokojnie można w nich zjeść dania mięsne. Pierwszy bar mleczny okazał się być świetnym pomysłem i już wkrótce powstało ich mnóstwo na terenie całej Polski. Po I wojnie światowej działalność barów dość ostro regulowało państwo, by zapobiegać marnotrawstwu jedzenia, zawyżaniu cen czy oszukiwaniu klientów. Zarówno ceny jak i receptury na serwowane w barach dania miały pozwolić biedniejszym ludziom na zjedzenie pożywnych posiłków.

W latach młodości nie byłam częstą bywalczynią barów mlecznych. Nie cieszyły się one w środowisku studenckim dobrą opinią. Prześmiewcza scena z filmu "Miś" Stanisława Barei zrobiła swoje! Nawet jeśli była przejaskrawiona, a taka była, pokazywała je od najgorszej strony brudnych naczyń, podejrzanych klientów i małego wyboru dań. 😉 W czasach studenckich, sporadycznie zdarzało mi się zajrzeć do Baru Uniwersyteckiego obok Uniwersytetu Warszawskiego, zwanego potocznie barem Karaluch, ale przyznam, że nie miałam zbyt wielkiej motywacji do tego, bo prościej i zdecydowanie smaczniej było wpaść do babci. Czasami na jakichś wyjazdach też zdarzało mi się jadać w barach mlecznych, ale zasadniczo jeśli korzystałam z jedzenia poza domem, to były to raczej stołówki szkolne, choć nie mogę powiedzieć by wzbudzały one mój entuzjazm. O ile w pierwszej podstawówce lubiłam obiady szkolne i podwieczorki dawane dzieciom przebywającym w świetlicy, o tyle w kolejnych szkołach - delikatnie mówiąc - nie przepadałam za nimi. Jeśli tylko mogłam wymigiwałam się od jadania w nich obiadów, nawet kosztem niedojadania i udawania, że obiad zjadłam w szkole. Pamiętam, że kiedyś mama opowiedziała mi o tym, jak ona oszukiwała swoją mamę płacąc za  obiady stołówkowe, a kiedy dostała kwitek potwierdzający zapłatę, by pokazać go babci, rezygnowała z obiadów i dostawała zwrot pieniędzy. Nie wiem czy nie pomyślała, że w ten sposób podsuwa mi pomysł czy uważała, że nie zdobędę się na powtórkę, w każdym razie, w miarę szybko sprawdziłam czy tak się da. No i na pewien czas zakończyłam swoje stołówkowe katusze. Pamiętam, że powodem mojej ostatecznej rezygnacji był obrzydliwy ślimak znaleziony w sałacie. Nie pomogły przekonywania babci Ireny, że Francuzi uwielbiają ślimaki i płacą za nie krocie! Było to mój ostatni obiad w stołówce, bo następnego dnia wycofałam pozostałe na ten miesiąc pieniądze. Chyba potem zostałam za to oszustwo pokarana pierożkami garmażeryjnymi, które mama tak uwielbiała nam dawać na obiad. Dobrze, że można było podskoczyć do babci i dostać u niej coś pysznego. Tylko dzięki temu przetrwałam obiadową traumę dzieciństwa. 😉

Print Friendly and PDF

June 20, 2025

Knedle serowe z truskawkami

Wiele lat temu, uważałam, że najlepsze knedle są ze śliwkami, ale od tego czasu zmieniłam zdanie. Knedle z truskawkami są równie pyszne. Dla mnie stanowią smak początku lub zbliżającego się lata! Nigdy potem tak nie smakują, jak ze świeżymi truskawkami od lokalnych dostawców - takimi ciemnymi, aromatycznymi i pełnymi smaku. 

Austriacki przepis na knedle (marillenknödel) jest delikatniejszy niż nasz polski. Sięgam po niego przy robieniu knedli z różnymi owocami - sprawdził się nie tylko w przypadku moreli, ale także i śliwek. Były tak smaczne, że trudno było przestać je jeść. 😉 Te delikatne ciasto aż się prosi do delikatnych truskawek. Stąd też dzisiejszy obiad - serowe knedle z truskawkami podawane ze śmietaną lub sosem truskawkowym, lub jednym i drugim! Idealne na pierwszy dzień lata. 


Print Friendly and PDF

March 23, 2025

Kuchnia łemkowska z Ropek: Częstujcie się!

Jest 1981 rok - taka swoista odwilż w kraju Lekcja historii w ósmej klasie. Tego roku mamy nową, bardzo fajną nauczycielkę i pewnie dlatego taka sytuacja mogła mieć miejsce. Omawiamy czasy powojenne w Polsce, więc temat oddziałów UPA i OUN, i walk z nimi na terenach Polski południowo-wschodniej. W pewnym momencie pani proponuje, że jeśli wśród nas jest ktoś, kogo dziadek wałczył z oddziałami UPA czy OUN, to może zaprosiłby na lekcję. Nikt się nie zgłasza, a w odpowiedzi odzywa się jeden z chłopaków, takich nieco bardziej wygadanych, wręcz na granicy bezczelności. I proponuje, że może by zaprosić dziadka który walczył w tych oddziałach. Zapada cisza. 

Do tematu nie wracamy, a jedynie kontynuujemy naukę tego, co przewiduje program nauczania historii tamtych lat.  A więc akcja "Wisła" - jedynie słuszna odpowiedź na to, co działo się na tamtych terenach. I to bez szczegółów, bez opowieści o dramatach przesiedlonych rodzin, porozrzucanych po ziemiach odzyskanych mieszkańcach wiosek Beskidu Niskiego i Sądeckiego oraz Bieszczad, o okradzeniu ich z ich mienia i dorobku życia w czasie tego przesiedlenia, o warunkach w nowych miejscach. Wszystko co podaje ówczesny przekaz sprowadza się do sielankowej niemal opowieści o przybyciu na Ziemie Odzyskane. Ani słowa o tęsknocie, o zniszczeniu kultury, o represjach w stosunku do Łemków, takich jak choćby w obozie w Jaworznie, który - czego tym bardziej nie wspominano - był filią obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, wybudowaną jeszcze w czasie II w.ś. Ani słowa o mniej lub bardziej udanych próbach powrotów, nie zawsze dokładnie na swoje, bo to zostało rozgrabione i stało się własnością państwa, o traktowaniu Łemków w siermiężnej rzeczywistości PRLu. Kilka tygodni później, te podręczniki, wraz z innymi od historii i rosyjskiego, wylądują na gigantycznym stosie rozpalonym przez uczniów szkół warszawskich na Rynku Starego Miasta. Nie znaczy to, że cokolwiek zmieniło się w nauczaniu historii. Musiało minąć ponad sześćdziesiąt lat od czasu akcji Wisła, by pojawiły się lepsze opracowania, by można było dowiedzieć się więcej na ten temat, by polskie władze ustosunkowały się do tego, co rozegrało się wiosną 1947 r. i później. 

Dlaczego wspominam to zdarzenie i naukę historii w kontekście książki z przepisami Kuchnia łemkowska z Ropek: Częstujcie się!? Przez lata nawet nie wspominano w oficjalnych mediach i publikacjach tego rejonu, który przecież był i jest częścią Polski. Dopiero niedawno tematy łemkowskie zaczęły pojawiać się w najróżniejszych książkach, które czytałam. Początkowo tu i tam wspomniano o Łemkach. Byli oni niejako większym lub mniejszym tłem do rozgrywającej się akcji, jak choćby w książkach Jędrzeja Pasierskiego Kłamczuch, Kły czy Roztopy. I to wystarczyło, bym zaczęła szukać więcej. I tak, dość przypadkowo, znalazłam niezwykłą serię książek Marii Strzeleckiej Beskid bez kitu, która przybliża te rejony w pięknie napisanych i zilustrowanych książkach. Druga część Beskid bez kitu. Zima opowiada między innymi o Wigilii łemkowskiej, a trzecia Hajda. Beskid bez kitu to właśnie opowieść o wysiedleniach Łemków. Beskid bez kitu to chyba najpiękniej napisane książki - zasadniczo adresowane do starszych dzieci, ale niejeden dorosły wiele się z nich nauczy. 

Print Friendly and PDF

March 03, 2025

Ukraińska szuba, czyli śledzie pod pierzynką

Pączki, faworki, róże karnawałowe, pampuchy czy śląskie kreple to tłuste wypieki kojarzące się z końcem karnawału. Były serwowane przede wszystkim w Tłusty czwartek, który rozpoczynał „tłusty tydzień” zamykający karnawał. Dzisiaj pozostał nam praktycznie tylko Tłusty Czwartek, a w niektórych krajach Tłusty Wtorek, czyli Mardi Gras. No i oczywiście mniej lub bardziej huczne zabawy końca karnawału, czyli ostatków, aby wytańczyć się i wybawić na zapas. Oczywiście najhuczniejsze zabawy mają miejsce w Wenecji, Nowym Orleanie, o Ameryce Latynoskiej nie mówiąc. 
Na Śląsku, ostatki, czyli we wtorek przed środą popielcową, nazywano śledzikiem, na cześć dania, jakim są właśnie śledzie przyrządzone na różne sposoby i serwowane w tym dniu. Dla wielu są one doskonałą zakąskę na zimno, łatwą i szybką w przygotowaniu, niedrogą, a przede wszystkim idealnie idącą w parze z mocniejszymi trunkami, których nie tylko szczędzono tuż przed Wielkim Postem, a wręcz uważano je za obowiązkowe. Śledzie przygotowywano na wiele sposobów -  z cebulą w oliwie, z cebulą w śmietanie, na słodko, na kwaśno, łagodnie lub ostro, w sosach majonezowych, śmietanowych, pod pierzynką i bez niej. Ponieważ na Śląsku, zwłaszcza Dolnym, nie brakuje osób, które tu przyjechały ze wschodnich rejonów w ramach zasiedlania tzw. ziem odzyskanych, to i taki śledź też znajduje się w ostatkowym repertuarze. Zazwyczaj jadamy ją w okolicy świąt Bożego Narodzenia, ale nie tylko.

Print Friendly and PDF

February 07, 2025

#17 Podróże kulinarne - polskie smaki, czyli gdzie można dobrze zjeść: Kraków (część 9)

Od dawna jeździłam do Krakowa. Pierwszą samodzielną podróż zaliczyłam mając 14 lat i trafiłam pod opiekę cioci Zosi. Ciocia była niezamężną, starszą panią z zasadami. Nie umiała gotować, więc żywiłyśmy się na mieście, najczęściej w stołówce w szkole, w której kiedyś ciocia pracowała lub restauracji Warszawianka.  Dopiero przy następnej wizycie, latem obiady jadałyśmy w domu. Po pierwsze ja już więcej umiałam zaoferować kulinarnie, a po drugie mając masę sezonowych warzyw i owoców łatwiej było przygotować jakiś lekki obiad na letnie upalne dni. Dzięki cioci Zosi poznałam wiele miejsc w Krakowie i polubiłam to miasto. To ciocia zabrała mnie do Jamy Michalikowej, i to z ciocią bywałam na kremówce u Noworolskiego. Z ciocią Zosią włóczyłam się po Krakowie - uliczkach, rynku, muzeach. Ciocia - jak na nauczycielkę przystało - chciała jak najwięcej mi pokazać, mimo iż trudno się jej już chodziło z racji wieku. Ciocia, pewnie z racji swojego zawodu, miała też dość dobry kontakt z młodzieżą więc szybko znalazłyśmy wspólny język, mimo różnicy wieku. W swoim kredensie, gdzie tłoczyły się śliczne filiżanki porcelanowe, w których ciocia podawała herbatę, od drugiego mojego pobytu stała i szklanka - dla Haneczki, bo ona woli szklanki. Tak mnie bowiem zawsze nazywała. Obie z ciocią Zosią lubiłyśmy czytać, więc któryś mój pobyt u niej stał się okazją nie tylko do wspólnych spacerów po Krakowie, ale i czytania tych samych książek, a potem rozmawiania o nich. Od tamtych dni minęło sporo czasu i niestety nie ma już, albo mi się tak wydaje, miejsc, które odwiedzałam z ciocią Zosią, jak choćby cukiernia z najlepszymi na świecie makaronikami. A może ja nie umiem jej znaleźć?
Print Friendly and PDF

January 29, 2025

Bieszczadzkie pierogi z jabłkami

Choć w Polsce to okolice Grójca pod Warszawą kojarzą się z sadami jabłkowymi, również i Bieszczady należące do Beskidów Wschodnich uznawane są za zagłębie jabłkowe. Z kolei przebiegający przez ziemie Krosna szlak handlowy oraz przenikanie się w tym regionie różnych nacji, spowodowało powstanie jedynej i niepowtarzalnej kuchni regionu, przynależącej do kuchni karpackiej. Proste, a jednocześnie bardzo smaczne potrawy tego rejonu oparte są na ziemniakach, kapuście, kaszach, produktach mącznych i przetworach mlecznych. Jednym z tradycyjnych dań są bieszczadzkie pierogi przygotowywane z różnymi farszami – z serem na słodko,  oraz z ziemniakami i serem, a także właśnie z jabłkami, których tu jest pod dostatkiem. Podobnie jak w przypadku innych przepisów regionalnych, tak i ten nie jest zbyt precyzyjny. Wykorzystałam więc mój przepis na ciasto na pierogi, a nadzienie przygotowałam według uznania, zwłaszcza, że nadzienia są różnie szykowane i można znaleźć wiele przepisów na nadzienie - od tartych jabłek wymieszanych z dodatkiem cynamonu (lub bez) poprzez jabłka pokrojone w drobną kostkę, a skończywszy na jabłkach w plasterkach. Słowem robimy tak, jak nam najbardziej pasuje. 

Print Friendly and PDF

January 25, 2025

Welewetka i kaszubski kuch marchewny

Przez wiele lat byłam przekonana, że ciasto marchewkowe to wytwór kuchni amerykańskiej. I do tego średnio udany, bo bardzo długo nie umiałam się przekonać do tego wypieku. Tymczasem, jak się okazało, ta właśnie niechęć wynikała z jedzenia średniej jakości ciast, najczęściej udekorowanych niewyobrażalną ilością okropnie słodkiej masy. Kiedy trafiłam w końcu na smaczne ciasto marchewkowe, zmieniłam zdanie. Ostatnio, pod wpływem książki Stasi Budzisz  "Welewetka. Jak znikają Kaszuby" oraz szykowanej lekcji o Kaszuba, zaczęłam szukać smakołyków kaszubskich  odkryłam, że ciasto marchewkowe znane jest od pokoleń i w Polsce, na Kaszubach. 

Zacznijmy od książki. "Welewetka. Jak znikają Kaszuby"wciąga od pierwszych stron i to tak, że nie sposób przestać ją czytać, a jak się nawet przestanie, to nadal się o niej myśli. Z książki dowiadujemy się i o historii samych Kaszub, i o przeżyciach rodziny autorki, sięgającej XIV w. Budzisz urodziła się i wychowała w czasach, kiedy bycie Kaszubem nie było czymś, czym należy się chwalić. Delikatnie mówiąc było "niefajne". W szkołach nie uznawano gwar i języków etnicznych, więc trzeba było mówić po polsku, co dla niektórych oznaczało wyizolowanie, wytykanie przez rówieśników, naukę polskiego niczym obcego języka. 

Kaszuby kojarzyły się ze wsią i przaśnością, a nie z kulturą regionalną. O tragicznej historii Kaszubów milczano i nie uczono w szkołach; a dostało się Kaszubom najpierw od Prusaków/Niemców, potem od Polaków i sowietów. Ale po kolei. Choć Kaszubi, według Prusaków, a potem Niemców, byli dobrym materiałem na zniemczenie, to wcale im do tego nie było spieszno. Oni byli Kaszubami, tak jak Ślązacy byli Ślązakami, nawet jeśli identyfikowali się z Polską mniej lub bardziej otwarcie. Na początku II wojny światowej, w czasie tzw. akcji Intelligenzaktion na Pomorzu, zwanej również Säuberungsaktion, „krwawą pomorską jesienią”, „niemieckim Katyniem 1939-1940, w masowych egzekucjach w Piaśnicy, obok Polaków i Żydów, zginęły tysiące Kaszubów - zwłaszcza przedstawicieli społeczności kaszubskiej, zwłaszcza tych uważanych za jej przywódców. Według hitlerowców, to właśnie oni stanowili ważny element tej społeczności, a także otwarcie identyfikowali się z Polską, co dla Niemców było zdradą. Okupanci bardzo dobrze mieli to rozpracowane i doskonale zdawali sobie sprawę, że elita tego regionu nie podda się germanizacji i może wpływać na innych. W późniejszym okresie, na Kaszubach wymuszano podpisywanie Volkslisty i wcielano na siłę do wojsk niemieckich - Wehrmachtu czy Kriegsmarine. Odmowa oznaczała represje wobec całej rodziny. Słynny "dziadek z Wehrmachtu", który wypłynął przy okazji wyborów w 2005 r. to właśnie efekt zmuszania Kaszubów i mieszkańców Pomorza do służenia w armii niemieckiej. Za to właśnie oskarżano ich (i nadal oskarża) o zdradę i kolaborację, mimo iż wielu dezerterowało przy pierwszej nadarzającej się okazji. A kiedy nadeszło wyzwolenie od hitlerowców, przyszła też kolejna fala represji i brutalnego podejścia do Kaszubów, których sowieci traktowali jak Niemców. No a Niemki należało gwałcić, by "złamać za pomocą gwałtu zarozumiałość rasową germańskich kobiet", jak to nawoływał propagandzista sowiecki, Ilja Erenburg*. Babcia Stasi Budzisz niestety tego doświadczyła na sobie - była wielokrotnie zgwałcona przez "wyzwolicieli" ze wschodu. 

O gwałtach na kobietach nie tylko nie mówiło się na lekcjach historii, bo przecież wspaniali wyzwalający nas żołnierze radzieccy nie mogli być szkalowani takimi oskarżeniami, ale i w rodzinach ofiar.  W tym i w rodzinie Budzisz. O Volksliście uczyło się na lekcjach historii tylko w kontekście czy też z perspektywy Generalnej Guberni. A to oznaczało, że każdy, kto ją podpisał był zdrajcą. Dopiero z czasem te fakty i wspomnienia "wyszły" na jaw. "Welewetka. Jak znikają Kaszuby" o tym właśnie opowiada; a także i o tym jak odżywają Kaszuby. I o tym jak stali się "odłamem Narodu", podobnie jak Ślązacy, Mazurzy czy Warmiacy. Odłamem, który trzeba było wcielić do jednego narodu, kosztem zniszczenia kultury, języka, tożsamości etnicznej. 

Książkę "Welewetka. Jak znikają Kaszuby", nie tylko się czyta/słucha z ogromnym zainteresowaniem. Dodatkowym atutem książki są fotografie rodzinne Stasi Budzisz, pokazujące historię jej rodziny i Kaszub. Ogromną siłą książki są wszelkie ciekawostki o Kaszubach. Strona po stronie poznaje się drogę autorki - odejścia od kaszubszczyzny, powodowanego wstydem, "czyszczenia" języka z polkaszu i niechcianego akcentu, a następnie powrotu do kaszubszczyzny i rodzinnych korzeni. Powrót był nieco przypadkowy, ale dla nas, czytelników, z którymi Stasia Budzisz podzieliła się swoją opowieścią, fascynujący. Dzięki tej książce poznajemy bowiem nie tylko rodzinną historię Budzisz, ale i historię Kaszubów i Kaszub.   

Mogłabym długo opowiadać o Welewetce, bo zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Ale wracam do pieczenia i do kucha i kuchni kaszubskiej, gdyż jest bardzo ciekawa smakowo - z jednej strony dość prosta, a jednocześnie bogata w najróżniejsze smaki. Łatwy dostęp do wód, sprawił, że ryby, zarówno słono- jak i słodkowodne, są podstawowym składnikiem na kaszubskim stole. Ale nie tylko. Obok ryb ważną rolę spełniały najróżniejsze produkty rolne, takie jak gryka, brukiew, marchew, groch, ziemniaki, a z mlecznych produktów masło, maślanka. Istotnym składnikiem był też miód i wszelkie skarby leśne - grzyby, borówki, jagody czy jeżyny. No i nie można zapomnieć o truskawkach kaszubskich, bo ten region to dosłownie truskawkowe zagłębie. Większość warzyw i owoców, produktów mlecznych czy miód wytwarzano w gospodarstwach domowych Kaszubów. Podstawowym zadaniem w szykowaniu posiłków było zwykłe zaspokojenie głodu, a nie delektowanie się posiłkami;  dlatego też dania kaszubskie, jak już wspomniałam, są proste, ale przy tym bardzo smaczne i pożywne. Dania rybne urozmaica się spożywając je z chlebem lub z warzywami. Wśród warzyw królują ziemniaki w różnych odsłonach, ale także marchew, buraki, czy mało gdzie indziej popularna brukiew, która pod względem smaku i wartości odżywczych nie ustępuje innym warzywom.

Kaszubski kuch marchewny, zwany też czasem miodowym kuchem, to słodki deser o marchewkowo-cynamonowym zapachu. Z jego wypiekaniem wiąże się długoletnia tradycja. Dawniej ciasto było przygotowywane na ważne uroczystości rodzinne, tj. święta, wesela, urodziny czy chrzciny.  Ponieważ ciasto początkowo przygotowywane było z łatwo dostępnych składników w każdym gospodarstwie, takich jak marchew, mąka, jajka czy woda, Kaszubi nazywali je „biednym ciastem”.  Z czasem smak kaszubskiego kucha doskonalono dodając do niego suszone owoce, orzechy, czy kakao. Kaszubski kuch marchewkowy o produkt wpisany na listę produktów tradycyjnych w województwie pomorskim. 

Ciasto
2 średniej wielkości marchewki
9.5 oz/ 260 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
łyżeczka cynamonu
szczypta soli
3 jajka
100 g / 1/2 szklanki cukru
200 ml / 3/4 szklanki + 4 łyżeczki oleju
100 g / 5 łyżek miodu

Opcjonalnie drobno posiekane orzechy włoskie i/lub bakalie  

Lukier
szklanka cukru
3-4 łyżki soku z marchewki
wrząca woda


Piekarnik nagrzać do temperatury 360 F/180 C.

Formę keksówkę lub inną o rozmiarach zbliżonych do 9x5 cali/21x11 cm nasmarować tłuszczem.

Obrać marchewki i zetrzeć na tarce na drobnych oczkach. 

Do miski przesiać mąkę z proszkiem do pieczenia i cynamonem. Dodać szczyptę soli. Wymieszać.

W osobnej misce ubić jajka z cukrem na puszystą masę. Dodać miód i olej. Kiedy powstanie jednolita masa, dodać startą marchewkę i wymieszać z masą.  Następnie dodawać stopniowo suche składniki i delikatnie mieszać całość szpatułką. Pod dodać  do ciasta orzechy 
i/lub bakalie  - o ile je dodajemy. Gotową masę na ciasto przelać do formy.

Piec przez około 45 minut  - do suchego patyczka. 
Po upieczeniu formę z ciastem wyjąć z piekarnika i odstawić na 10 minut. Następnie ciasto przełożyć na  kratkę do dalszego wystudzenia. W tym czasie przygotować lukier - dobrze mieszając wszystkie składniki.  Jeśli lukier wyjdzie zbyt rzadki należy dodać nieco więcej cukru pudru, jeśli zbyt gęsty – odrobinę soku lub wody i rozetrzeć.

Letnie ciasto polać lukrem i udekorować po wierzchu orzechami. 


Uwagi dodatkowe
  • Kaszubski kuch marchwiowy można zrobić również i z mąki bezglutenowej. Ponieważ jest nieco bardziej sucha niż zwykła, należy dodać 3-4 łyżki wody.
  • Jeśli nie mamy soku z marchewki, lukier można przygotować z cukru pudru i wrzącej wody oraz soku z 1/2 cytryny.




Wele wele wetka w wykonaniu chóru Cmenius


Wele wele wetka w wykonaniu grupy Redlin



A na zakończenie słowa piosenki Wele wele wetka

Wele wele wetka, gdzieś ty była?
Wele wele wetka, u staruszki
Wele wele wetka, coś dostała?
Wele wele wetka, miska pyszki
Wele wele wetka, tata przyniósł
Wele wele wetka, ful miech slewow
Wele wele wetka, smakowało?
Wele wele wetka, ojojoj

Wele wele wetka, biegnij naprzód
Wele wele wetka, weź te wieńce
Wele wele wetka, smakuj wszystko
Wele wele wetka, idź na tańce
Wele wele wetka, goście jadą
Wele wele wetka, i śpiewają
Wele wele wetka, wszyscy jedzą
Wele wele wetka, popijają

Wele wele wetka, gdzieś ty była?
Wele wele wetka, u staruszki
Wele wele wetka, coś dostała?
Wele wele wetka, miska pyszki
Wele wele wetka, tata przyniósł
Wele wele wetka, ful miech slewow
Wele wele wetka, smakowało?
Wele wele wetka, ojojoj

Wele wele wetka, biegnij naprzód
Wele wele wetka, weź te wieńce
Wele wele wetka, smakuj wszystko
Wele wele wetka, idź na tańce
Wele wele wetka, goście jadą
Wele wele wetka, i śpiewają
Wele wele wetka, wszyscy jedzą
Wele wele wetka, popijają


Tekst pochodzi ze strony Piosenkowo
Inspiracja przepisu: Smaker

* Cytat z książki Stasi Budzisz "Welewetka. Jak znikają Kaszuby"



Print Friendly and PDF