Kiedy byłam w Norwegii w 1988 r. poznałam smak brązowego sera norweskiego brunost i od pierwszego momentu go polubiłam. Kåre i Kenita, gospodarze na farmie, na której pracowałam jedli go na ciepłych tostach z nutellą i dżemem. Ja też tak zaczęłam jeść. Ale jak się ma 21 lat i pracuje fizycznie, to można jeść dowolną ilość cukru. Dzisiaj te czasy dawno za mną, ale brunost nadal lubię. Tyle, że jem na grzankach bez dodatków (poza masłem). Brunost nazywany często był w naszym domu "szarym mydłem", gdyż jego wygląd do złudzenia nam przypominał szare mydło, które można było kupić w PRLu. Brunost to norweski ser brązowy, choć bardziej trafnie byłoby powiedzieć o karmelowym zabarwieniu, który powstaje poprzez gotowanie serwatki (produktu ubocznego przy produkcji sera) aż do momentu, gdy naturalne cukry ulegną karmelizacji. Dzięki temu ma słodki, ale i lekko kwaskowaty smak. Nazwa brunost odnosi się do szerszej kategorii brązowych serów na bazie serwatki, które mogą zawierać mleko krowie. Najczęściej kupuję gjetost, czyli rodzaj brunostu, wytwarzany specjalnie z mleka koziego (lub mieszanki mleka koziego i krowiego). W języku norweskim „gjet” oznacza kozę, a „ost” – ser.
Tę sałatkę najlepiej zrobić latem, gdy mamy dostęp do lokalnych truskawek i szparagów. Wtedy jest najsmaczniejsza!!!!