Będąc zimą w Warszawie, nie sposób nie zauważyć wszechobecności herbaty zimowej. Można ją wypić niemal wszędzie - i w kawiarniach, i w restauracjach, i na świątecznych jarmarkach. I przyznam, że zupełnie mi to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie. Lubię jej korzenno-owocowy smak. I to jak rozgrzewa i ciało, i duszę. Ostatnio, pod wpływem grudniowej wizyty w Warszawie, a co za tym idzie pitej tam herbaty zimowej, podobnie przyrządzona, zrobiła furorę na mojej dorocznej imprezie ciasteczkowej. Nie wiem ile jej dzbanuszków naszykowałam, bo w pewnym momencie straciłam rachubę. Oczywiście na taką herbatę każdy ma swój przepis. Mnie najbardziej przypadła do gustu taka, jaką piłam z przyjaciółką w małej knajpce na Bemowie - z plasterkami pomarańczy, z goździkami, anyżkiem, cynamonem i lekko dosłodzoną sokiem malinowym. Wszystko to, podano osobno, by każdy dołożył tyle, na ile ma ochotę. Ja dla odmiany parzę wszystko od razu, dodając jeszcze cytrynę. Jest przepyszna - uwielbiam na nią patrzeć, a przede wszystkim pić.