Ten chleb jest ciemny, dość zwarty i ciężki, ale bardzo smaczny. Jeśli użyjemy mąki żytniej razowej, chleb będzie ciemniejszy, a jeśli zwykłej nieco jaśniejszy. Kminek nadaje mu smak, ale go nie dominuje.
Przepisy potraw, które lubię przygotowywać. I nie tylko.
Ten chleb jest ciemny, dość zwarty i ciężki, ale bardzo smaczny. Jeśli użyjemy mąki żytniej razowej, chleb będzie ciemniejszy, a jeśli zwykłej nieco jaśniejszy. Kminek nadaje mu smak, ale go nie dominuje.
Będąc zimą w Warszawie, nie sposób nie zauważyć wszechobecności herbaty zimowej. Można ją wypić niemal wszędzie - i w kawiarniach, i w restauracjach, i na świątecznych jarmarkach. I przyznam, że zupełnie mi to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie. Lubię jej korzenno-owocowy smak. I to jak rozgrzewa i ciało, i duszę. Ostatnio, pod wpływem grudniowej wizyty w Warszawie, a co za tym idzie pitej tam herbaty zimowej, podobnie przyrządzona, zrobiła furorę na mojej dorocznej imprezie ciasteczkowej. Nie wiem ile jej dzbanuszków naszykowałam, bo w pewnym momencie straciłam rachubę. Oczywiście na taką herbatę każdy ma swój przepis. Mnie najbardziej przypadła do gustu taka, jaką piłam z przyjaciółką w małej knajpce na Bemowie - z plasterkami pomarańczy, z goździkami, anyżkiem, cynamonem i lekko dosłodzoną sokiem malinowym. Wszystko to, podano osobno, by każdy dołożył tyle, na ile ma ochotę. Ja dla odmiany parzę wszystko od razu, dodając jeszcze cytrynę. Jest przepyszna - uwielbiam na nią patrzeć, a przede wszystkim pić.
Pchła Szachrajka po obiedzieDo cukierni bryczką jedzie,Już z daleka widać z bryczkiPurpurowe rękawiczki.Pchły ciastkami zwykle gardzą,Nasza zaś lubiła bardzoTartoletki, papatacze,Ptysie, bezy i sękacze,Rurki z kremem, tort z wiśniamiI babeczki z malinami.
Wchodzi śmiało do cukierni,W pas kłaniają się odźwierni,Już kelnerzy przyskakują,Grzecznie w rączkę ją całują.
Moje papatacze to wypadkowa sprawdzonego przepisu i nieco wyobraźni w kwestii nadzienia. A wszystko przez kolejną książkę Maryli Szymiczkowej. Uwielbiam te retro kryminały i za każdym razem zachwycam się tym, jak wspaniale opisane jest w nich mieszczańskie życie profesorowej Szczupaczyńskiej, głównej ich bohaterki. Z zamiłowania do tej serii zaczęłam planować i rundkę po Krakowie jej śladami, i kulinarną przygodę z daniami z kryminałów w roli głównej. Przyznam, że ogromny mój podziw budzi dbałość o szczegóły w tychże kryminałach. Dania serwowane w domu profesorostwa Szczupaczyńskich brzmią nie tylko bardzo starodawnie, ale i zachęcająco. Z chęcią bym ich spróbowała. Nawet udało mi się dotrzeć do książki kucharskiej, z której korzystali autorzy ukrywający się pod pseudonimem Maryli Szymiczkowej. I kiedyś, mam nadzieję w niedalekiej przyszłości, uda mi się zrealizować - przynajmniej częściowo - plan próbowania dań jakie gotowała Franciszka dla profesorostwa Szczupaczyńskich. A tymczasem zrobiłam papatacze, które pojawiły się w najnowszym tomie kryminału "Szaleństwo i śmierć spłyną z gór".
Najlepszą rybę robiła oczywiście Babcia Regina. To mój niedościgły wzór do naśladowania w kuchni. Nikt nie umiał tak gotować jak ona. Była absolutną mistrzynią. Co piątek przychodziłam do niej na obiad po szkole. Była ryba lub placki z jabłkami. Może były i inne dania, ale te jakoś mi się kojarzą z piątkami u niej. Babcia nigdy nie narzekała na ryby. No może tylko na karpia cuchnącego mułem, ale to tylko takiego karpia giganta. Sama nawet nie spojrzała w jego stronę, więc nawet i karp był u niej dobry. Mówiła, że musi być nie większy niż 1.2 - 1.3 kilograma. Inaczej właśnie zalatuje mułem. Na co dzień, czy też na co piątek, były inne ryby - dorsz, błękitek, mintaj. Tego ostatniego bardzo lubiła, więc kiedy udało mi się go odkryć tutaj, to aż podskoczyłam z radości. . Zawsze był super usmażony, z chrupiącą panierką. Do tego często była kapusta kiszona, kupowana u jej pani, pod Halą Mirowską. Babcia gromadziła tę kapustę póki mogła wyjść, by zimą nie ryzykowała wywrotki na śliskim chodniku. Obiad prosty, ale pyszny. Może dlatego, że było w nim tyle babcinego serca.... Zawsze kiedy smażę rybę wspominam te piątki u Babci. Szkoda, że nie da się cofnąć czasu, choćby ten jeden raz.
Nie ma chyba bardziej orzeźwiającej sałatki od właśnie tej. I bardziej zachęcającej do tego, by sięgnąć po to warzywo! Sałatka jest świetna i super szybka w zrobieniu. Ma delikatnie kwaskowy smak, który nadaje jej jabłko, podkreślający nieco anyżkowy smak fenkułu. Przepis pochodzi z książki Marty Dymek, propagatorki wegańskiego stylu życia i autorki wielu wspaniałych przepisów. W zasadzie w ciemno można po nie sięgać, bo jeszcze na żadnym się nie zawiodłam. Choć sama Marta poleca ją jako wegańskie danie, sałatka ta doskonale nadaje się jako dodatek to wszelkich dań, w tym mięsnych. A ponieważ sałatki z fenkułem to specjalność Skandynawów, ja podałam ją jako dodatek do pulpecików. R-E-W-E-L-A-C-J-A!