Przepyszna sałatko-pasta do kanapek. Wykorzystanie do sałatek czy past pstrąga wędzonego to żadna nowość u nas - lubimy tę rybę i w wersji solo, jak i właśnie w sałatkach czy pastach. Ta pasta jest błyskawiczna w zrobieniu, gdyż wykorzystujemy do niej dwa składniki z puszek - wędzonego pstrąga w oliwie i kukurydzę. Kukurydza tu rządzi, bo nie tylko nadaje paście smaku, ale i chrupkości. Całość świetnie uzupełnia szczypiorek. Pasta świetnie się przechowuje w lodówce, choć przyznam szczerze, że za każdym razem znikała dosłownie następnego dnia po zrobieniu. A najbardziej nam smakuje z żytnim chlebem razowym z dużą ilością ziarenek.
Teraz wiosną wszystkie kwiaty potrzebują nieco wzmocnienia. Przesilenie wiosenne działa na wszystkich - nie tylko na ludzi. W naszych domach znajdują się produkty, które idealnie można wykorzystać jako odżywki dla roślin. Ot choćby skórki od bananów. Podobnie jak same owoce, są bogate w potas, który stymuluje kwitnienie roślin. I dlatego warto wykorzystać skórki i przygotować odżywkę/napar. Nie jest to trudne, a dzięki takiemu naparowi rośliny domowe, a także i ogrodowe zostaną wzmocnione.
W internecie możemy znaleźć kilka sposobów wykorzystania skórek od bananów. Jedną z nich jest ich wysuszenie i sproszkowanie skórek, dzięki czemu można nim podsypać wszelkie rośliny. Opcja druga to zblendowanie skórek z wodą, a po jej przecedzeniu, podlewanie nią roślin. Ja z kolei najbardziej lubię metodę z naparem - czyli zalewaniem skórek i odstawianiem ich na kilka dni.
Chociaż co roku jeździmy do sadów po jabłka i przywozimy ich naprawdę dużo, jeszcze nigdy przecier jabłkowy nie cieszył się taką popularnością w naszym domu. A w tym roku nawet jeszcze przed tradycyjną wizytą w sadach okolic Peshastin, niedaleko Wenatchee, przerobiłam blisko 30 lb /14 kg jabłek - renet, jakichś mi nieznanych, gali, golden delicious, Granny Smith i Cosmic Crisp. Przeciery wychodziły rewelacyjne - z posmakiem cynamonu, bez dodatku cukru. Przypomniało mi się jak dawno temu poznaliśmy naszych sąsiadów - Alę i jej rodzinę. Bardzo ją polubiłam od pierwszego spotkania. Była strasznie fajna i choć oficjalnie jej nie znałam, to już dawno zwróciłam na nią uwagę, bo nosiła przepiękny, elegancki płaszcz z futrzanym kołnierzem. Och jak mi się podobała! Ile bym wtedy dała za to, by móc być taką elegancką! Któregoś letniego dnia, krótko po poznaniu się, wpadłam po coś do Ali i zobaczyłam gary gotującego się przecieru. Robiła go z rodziną na zimę dla dzieci, które miały wtedy jakie 4 i 5 lat. A że kryzys szalał w Polsce, to kto mógł robił zapasy na zimę, bo w sklepach oprócz octu nie dało rady nic kupić. A przetwory domowe, jak wiadomo - są najzdrowsze. Nigdy wcześniej nie jadłam przecieru; Ala poczęstowała mnie takim prosto z gara i bardzo mi zasmakował. Następnego dnia dostałam w prezencie osobisty słoik!
Ali już nie ma. Zmarła w czasie pandemii, choć nie na COVID. Miała najbardziej niezwykły pogrzeb, jaki kiedykolwiek widziałam. Uczestniczyłam w nim wirtualnie, choć na żywo. Choć smutny do bólu, bo nie spodziewałam się, że odejdzie tak wcześnie, to bardzo do niej pasujący, łącznie z muzyką Dolly Parton. Zostały mi wspomnienia po Ali - i te związane z przecierem, i z wieloma innymi sytuacjami, w tym profesjonalnymi, bo niejako poszłam w jej ślady zawodowe.
Rolady robię od lat, ale z biszkoptowego ciasta. Pavlove też robiłam wielokrotnie, aż jej popularność przerosła mnie. Niemal wszędzie podawano Pavlovą. Nie mogłam na nie patrzeć, nie mogłam słuchać o nich, a tym bardziej jeść.😉 Stała się ona jednym z tych ciast, które mi obrzydzono na dobre, a przynajmniej do którego mnie zniechęcono na długie lata, mimo iż uwielbiam bezy. Co nie znaczy, że nie jest to dobre ciasto. Jednak z racji dużego zapasu białek w lodówce po pieczeniu bab wielkanocnych i około wielkanocnych, postanowiłam zrobić roladę bezową, która tu i ówdzie pojawiła się w różnych rolkach w mediach społecznościowych. W sumie to taka zakręcona Pavlova, choć nie do końca, bo nie jest tak chrupiąca. Pod tym względem Pavlova rządzi i bije roladę w przedbiegach. Ale rolada też jest dobrym ciastem, wymaga krótszego pieczenia, co przy letnich upałach może mieć znaczenie. W krótkim czasie zrobiłam dwie - jedną najprostszą, z bitą śmietaną i owocami. Drugą, wymagającą nieco więcej pracy, bo z kremem kawowym na bazie ganache. Obie były bardzo smaczne, choć ta kawowa bardziej wyrazista i przez to moim zdaniem smaczniejsza.
Nastał okres kiedy dynie i korzenne smaki królują. Wszędzie można zjeść potrawy na bazie różnych dyń, a przyprawa korzenna pumpkin spice dodawana jest do bardzo wielu potraw, wypieków czy napojów. Teraz kiedy jest chłodno, mokro i ponuro, idealne te smaki pasują - rozgrzewają i poprawiają nastrój.
Ponieważ nie przepadam za ulepkowymi syropami smakowymi dodawanymi w kawiarniach do kawy czy herbaty, sama wolę doprawić je przyprawą korzenną. Zrobiłam więc klasyczną przyprawę pumpkin spice. W sumie nie różni się ona wiele od naszej przyprawy korzennej czy też przyprawy do grzańca lub do piernika, ale czemu nie zrobić jej w wersji klasycznej i podawać do kawy lub w kawie.
Karczmiska znane są, podobnie jak i cały rejon lubelski, z upraw, a co za tym idzie i wykorzystania bobu do celów kulinarnych. „U nas na to warzywo mówi się bober, a my sami mamy ksywkę bobry, bo bober uprawiany był u nas z dziada pradziada. Zawsze sadziło się go na wiosnę w ziemniakach. Matka sadziła ziemniaki, ojciec przyorywał je ziemią, a dziecko co dwa kroki rzucało ziarno bobru – wspomina Niezgoda. I tak było w każdym gospodarstwie. Teraz takie widoki są rzadkością. A bób najczęściej rośnie w przydomowych grzędach.”* Bób kojarzy mi się z latem i kupowaniem go na kilogramy na bazarach w plastikowych torebkach. Latami najpopularniejszy zdawał się być bób gotowany - młody nie wymagał nawet łuskania ze skórek. Z czasem zaczęłam robić i inne dania z bobu. W karczmiskach sztandarową potrawą są pierogi z bobru (bobu). I to właśnie one trafiły na listę produktów tradycyjnych i regionalnych. Tradycja przyrządzania pierogów z bobem jest długa. Dzisiaj nadal się je robi - zwłaszcza na festyny i imprezy promujące lokalną tradycję ludową. Ich oryginalność sprawia, że są nie tylko cenione, ale często i wyróżnianie za smak i propagowanie tradycji kulinarnej.
Zazwyczaj jako dodatek do obiadu przygotowuję zasmażaną kapustę kiszoną. Jednak taka właśnie prosta kapusta z pieczarkami, przygotowana w ramach wykorzystania resztek bardzo dobrze sprawdza się i jako dodatek do obiadu, i jako farsz do pasztecików, pierogów czy krokietów. Stąd też od pewnego czasu dość często pojawia się, zwłaszcza jako danie po zrobieniu gołąbków. Jest wręcz idealnym sposobem na wykorzystaniem resztek kapusty jakie zostają - tych małych liści, które niespecjalnie nadają się do gołąbków, a szkoda się ich pozbyć. Tak na dobrą sprawę, jest to przepis z gatunku "na oko", bo w pierwszej wersji powstał dokładnie tak, by zagospodarować resztki. Dopiero z czasem, zaczęłam ustalać proporcje. Można samemu poeksperymentować i dobrać proporcje takie, jak nam odpowiadają.
Nie do końca pyzy, bo nie były robione z dodatkiem surowych kartofli, ale przez swój kształt kojarzą się właśnie z pyzami. Albo knedlami, tyle że te z kolei bardziej kojarzą się z morelami lub śliwkami. Pozostańmy więc przy nazwie pyzy, nawet jeśli są nieco oszukane. 😉 Nie zmienia to jednak faktu, że są pyszne i na pewno przypadną do gustu wielu smakoszom dobrego jedzenia.
Do zrobienia ich zdecydowałam się użyć mąkę ziemniaczaną i pszenną - dzięki czemu pyzy bardziej przypominały smakiem te robione z surowych kartofli niż knedle czy kopytka. I o to właśnie chodziło.
Czernickie pierogi z mięsem i kaszą gryczaną to kolejna propozycja kulinarna zainspirowana stroną Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, na której można znaleźć listę potraw i produktów regionalnych i tradycyjnych. I kolejne pierogi, które można przygotować zarówno jako samodzielne danie, jak i zagospodarowując resztki mięsa i ugotowanej kaszy. Tym razem to specjał z Czernic Borowych, które znajdują się w północnej części województwa mazowieckiego w zachodniej części powiatu przasnyskiego. Mazowsze zawsze słynęło z tego, że na jego terenach uprawiano najróżniejsze dobra, w tym zboża. Od przedwojnia był tu młyn, w którym przerabiano je na mąki. Ponieważ uprawiano tutaj także i grykę, stała się ona dość istotnym składnikiem potraw. Nic więc dziwnego, że trafiła w postaci kaszy do pierogów. Ten przepis jest nieco zmodyfikowaną wersją przepisu Koła Gospodyń Wiejskich, które działają w Czernicach i na wszelkie festyny i uroczystości lokalne lepią takie właśnie pierogi.
Tym daniem zajadałyśmy się w okresie zimowym, wykorzystując warzywa sprowadzane głównie z Meksyku oraz puszkowe. Co tu jednak dużo mówić - teraz latem, kiedy są świeże warzywa, jest ono jeszcze lepsze. Nic nie zastąpi smaku świeżych, lokalnych warzyw - zbieranych, gdy dojrzeją, a nie gdzieś w transporcie. Do tego kasza pęczak - nie jestem jej fanką, a wręcz jej unikałam, ale przyznam, że jedząc to właśnie danie zmieniłam podejście do pęczaku. W kombinacji z warzywami jest naprawdę dobry i w niczym nie przypomina podawanego pęczaku podawanego w wersji gotowanej jako dodatek do mięs lub jako podstawę krupniku.