Niby robi się coraz cieplej, a jednak nadal zdarzają się dni, kiedy jest zimno i jedyne co może nas rozgrzać to talerz ciepłej zupy. Grochówka już gościła na tym blogu, ale była zrobiona na wzór takich nazwijmy to żołnierskich. Ta, choć nadal gotowana na wędzące, jest nieco lżejsza, bo ma sporo warzyw. Dzięki temu, zwłaszcza z dodatkiem chleba czosnkowego czy po prostu innego pieczywa, może stać się całym posiłkiem typu obiad lub lunch. Albo też można ją serwować wraz z lżejszym drugim daniem, typu pierogi leniwe czy naleśniki.
Ślepe ryby jadłam pierwszy raz w tym roku w restauracji Bamberka w Poznaniu. Jest to wielkopolska zupa o super mylącej nazwie, ponieważ nie ma nic wspólnego z rybami. Ślepe ryby, nazywane też rzadkimi pyrkami, to postna zupa ziemniaczana. Podobnie jak pyry z gzikiem, tak i ślepe ryby były daniem biednej ludności, która jedynie od święta mogła pozwolić sobie na mięso. Skąd więc nazwa? Brak mięsa, a co za tym idzie brak tłustych ok (oczek) pływających w zupie sprawił, że zupę nazwano ślepe ryby. Tylko czemu akurat ryby? Przyznam, że nie do końca rozumiem czemu akurat ryby a nie na przykład świnki. 😉
Zupy owocowe to dla jednych smakołyk, kwintesencja lata i coś co musi się pojawić w letnie gorące dni, a dla innych niejadalne paskudztwo, kompot z rozmemłanymi kluskami. Ja nie mam tak zdecydowanej opinii, ale sięgając po kolonijne smaczki, nie mogłam pominąć tego. Oczywiście w epoce moich kolonii nikt się nie przejmował tym, by kluski były odpowiednio ugotowane, zupa doprawiona i faktycznie mogło to być mało jadalne danie. Ale kiedy się robi taką zupę samemu, to smak jest zupełnie inny. I może to być coś, co w gorący letni dzień da nam trochę ochłody i energii. Z pewnością nie jest to mój ulubiony przysmak, ale na pewno nigdy zupa owocowa nie była paskudztwem. Co ciekawe, zupy owocowe gościły na stołach bogatych domów przed wielu, wielu laty. Nie był to wymysł bida-kuchni stołówkowej czasów komunizmu. Przepisy na zupy owocowe można znaleźć w książkach Disslowej, Ćwierciakiewiczowej, czy Ochorowicz-Monatowej, nie mówiąc już o przekazywanych ustnie starych przepisach regionalnych i ludowych. Ostatnio zaś miałam okazję obserwować dyskusję na temat zupy wiśniowej serwowanej z kartoflami. Sam przepis mnie zaskoczył, gdyż nigdy o takiej wersji nie słyszałam, ale to nie znaczy, że jest ona dziwna czy niedobra. Poznając od lat kuchnię regionalną, poznałam wiele przepisów i kombinacji smakowych jakich sama bym nie wymyśliła. Dyskusja nie zawsze była parlamentarna (a może była, zwłaszcza w kontekście wyczynów niektórych naszych parlamentarzystów😉 ), a przede wszystkim pokazała brak zrozumienia dla różnorodności smaków i potraw regionalnych. Ta zupa, nawiązuje do bardziej tradycyjnych wersji zupy owocowej, choć też oczywiście można ją skrytykować, jeśli się tylko zechce. Tylko po co? Zanim więc odkryję inne wersje zupy owocowej, w tym przewrotnie tej z kartoflami, spróbujmy tej najprostszej. Zwłaszcza teraz gdy czereśni mamy pod dostatkiem, a na dworzu jest tak ciepło.
Kryminały z Niną Warwiłow, autorstwa Jędrzeja Pasierskiego, rozgrywające się w Bieszczadach, sprawiły, że zainteresowałam się kuchnią łemkowską. Wielokrotnie w tych właśnie kryminałach ktoś gotuje jakieś potrawy łemkowskie, a tu i tam przewija się motyw historii Łemków. O ile może kryminały nie są źródłem wiedzy, to niewątpliwie natchnęły mnie do poszukiwania wiedzy na ich temat. Już wcześniej robiłam kisełycię, czyli żurek owsiany. Teraz czas przyszedł na war, bardzo rozgrzewającą zupę, typowo zimową i według mnie dość typowy przykład kuchni skromnej, by nie powiedzieć biednej. Warianka/war jest zupą podawaną w różnych wersjach jeśli chodzi o składniki - może być wegańska, ale widziałam też i gotowaną na wywarze z kości jagnięcych czy z dodatkami takimi jak grzyby suszone. Ale niezależnie od tego jaki jest przepis, jest to bardzo prosta zupa.
Jak jedzono war? Podawany był albo z komperami, czyli ziemniakami, albo ze zlepieńcami, czyli małymi pierożkami z mięsem. Co do ziemniaków znowu jest wiele wersji - ot takie po prostu z wody, gotowane w mundurkach, tłuczone i polewane skwarkami, podawane osobno lub w samej zupie. Pewnie wszystkie wersje są prawidłowe i zależą od domu i rodziny.
Przyznam szczerze, że do niedawna miałam kiepskie skojarzenia z brukwią, chociaż nigdy jej nie jadłam. Chyba za dużo nasłuchałam i naczytałam się opowieści o II wojnie światowej i bida-zupie z byle jaką, a czasem wręcz zgniłą, brukwią. I przez to nawet nie patrzyłam w jej kierunku, choć w USA brukiew, czyli rutabaga, jest dostępna niemal w każdym sklepie spożywczym. Podobnie zresztą jak wielu Polaków, bo niechęć do brukwi przeszła w Polsce z pokolenia na pokolenie i wcale nie tak łatwo ją kupić. Po wojnie była tak znienawidzona i kojarzona z biedą i wojennymi cierpieniami, że wręcz stała się karmą dla zwierząt, a nie dla ludzi.
Robi się coraz chłodniej i zupy powolutku wracają na nasze stoły. Póki jeszcze można kupić najsmaczniejsze cukinie w różnych kolorach, warto więc zrobić te zupę-krem. Oczywiście i później też można ją przygotowywać, zwłaszcza, że cukinie są dostępne cały rok, a i bób można zawsze kupić w sklepach śródziemnomorskich. Jednak teraz z lokalnych cukinii, trafiających w nasze ręce niemal prosto z "krzaczka", jest ona najsmaczniejsza. Z kolei mrożony bób wręcz nawet ułatwia zrobienie zupy, bo jest już obrany i wystarczy go tylko krótko gotować z innymi składnikami.
Od kilku tygodni nie mamy naszego regularnego ogrzewania, bo mamy remont. Gaz został odcięty, jedziemy wyłącznie na prądzie. Nagle doceniło się jak jest fajnie, gdy z grzewczych kratek wieje ciepłe powietrze. Co tu ukrywać - piecykami typu słynne peerelowskie farelki wiele się nie zdziała w kwestii ogrzewania. Bywa, że budzimy się w nieźle wychłodzonym domu, bo zaprogramowane grzejniki wyłączyły się i schłodziło się gwałtownie. Albo sami wyłączyliśmy piecyki, by dać im troszkę odpocząć. O ile niektóre pokoje i kuchnia są w miarę ciepłe, o tyle łazienka przypomina mi odwiedziny u cioci Zosi w Krakowie. Wyjście zimą do łazienki w jej mieszkaniu graniczyło z odwagą. Było tam tak strasznie zimno, że chodziłyśmy do niej w płaszczu. No ale to była stara kamienica, a łazienka znajdowała się w tej niedogrzanej części. Nikomu nie chciało się ani kupować węgla na jej ogrzewanie, ani dźwigać ekstra wiader z piwnicy. Pewnie gdyby ciocia i jej koleżanki współlokatorki gotowały, sprawy miałyby się inaczej. A tak - było jak było. Dobrze, że chociaż ciepła woda była w kranach.
Taki chłodnik absolutnie bije na łeb na szyje wszelkie inne chłodniki pod względem prostoty wykonania. W dosłownie kilka chwil możemy popijać nim obiad lub po prostu zjeść jako zupę na lunch czy obiad.
W najmniej oczekiwanym momencie wróciła zima. Zrobiło się mroźno, posypało troszkę śniegiem. Po żonkilach, które już z niecierpliwością zaczynają kwitnąć, po hiacyntach i tulipanach. Nawet róże już puściły pierwsze pędy. Miejmy nadzieję, że żadnym z kwiatów to nie zaszkodzi. W lutym co prawda nikogo nie powinno to dziwić, ale było już tak wiosennie, że mało kto pamiętał, że kalendarzowo jest zima i wszystko jeszcze może się zdarzyć. Luty najwyraźniej uznał, że trzeba przypomnieć o tym.
Zupę pomidorową mogę jeść w każdej postaci - oczywiście dobrą, bo nie chodzi mi o tę z puszki firmy Campbell. 😉 Ale zasadniczo uwielbiam wszystkie - i taką tradycyjną polską, i kremową, i kremową z kawałkami pomidorów. Teraz kiedy pomidorów jest zatrzęsienie, robi się takie zupki z łatwością, a smakują tak, że nie można się oderwać od garnka. Podana ze świeżymi bagietkami czy foccacią jest doskonałym lunchem, a nawet lżejszym obiadem. A ponieważ nagle dostałam kosz przecudnych pomidorów, prosto z krzaczka, pachnących, aromatycznych, to aż się prosiło, by te miększe, bardziej dojrzałe wykorzystać na taką niepowtarzalną zupę. Z dodatkiem rosnących przy domu ziół wyszła rewelacyjnie.
W pierwszej chwili myślałam, że to zupa podawana na włoskich weselach. Tak jak rosół czy barszcz na weselach w Polsce. Tymczasem nie ma nic mylniejszego. Wcale tu bowiem nie chodzi o wesele, a pożenienie w jednej zupie zielonych warzyw i mięsa. Historia tej zupy wiedzie nas do Toledo w Hiszpanii, gdzie była ona znacznie cięższa, bo używano do niej wielu różnych mięs i warzyw, gotowanych przez dłuższy czas na małym ogniu. Nie dodawano do niej wtedy makaronu, bo w czasach starożytnych był to luksus, a zupa była raczej pożywieniem chłopskim. Stąd zupa powędrowała do Neapolu, gdzie nadal gotowano je wykorzystując kombinację różnych mięs. Warto jednak pamiętać, że nie były to wytworne mięsa, a raczej ich resztki. No i oczywiście różne zielone warzywa - jarmuż, endywia, cykoria czy włoska kapusta. W rejonie Campanii, minestra maritata jest zupą przygotowywaną w czasie świniobicia - wtedy właśnie resztki mięsa trafiają do niej - często w postacie kiełbasek lub pulpetów. Wraz z włoskimi emigrantami zupa powędrowała z Włoch do Ameryki, gdzie z czasem stała się bardzo popularna. Jak to zwykle bywa w przypadku takich dań, przepisów na minestra maritata jest cała masa.
Pomijając to, że minestra maritata jest po prostu bardzo smaczną zupą, to jest to idealne danie na dzień, gdy się spieszymy i mamy mało czasu na gotowanie. Robi się ją naprawdę szybko. I choć obecnie jest znacznie lżejsza od tej oryginalnej, nadal jest tak sycąca, że w naszym domu zwykle robi za cały obiad.