Nie będę kryć, że gołąbki bez zawijania przywołują skojarzenia z memami, które pojawiają się czasem w mediach społecznościowych - lodów czy ciastek bez jajek, cukru, laktozy, glutenu, kalorii itd. Ale w sumie mamy przecież leniwe pierogi, więc czemu i nie leniwe gołąbki? Choć akurat takie obskubane gołąbki bez zawijania bardziej przypominają oryginalne niż leniwe pierogi przypominają pierogi z serem. Kiedyś takie gołąbki były sposobem na przemycenie kapusty, pracowicie zdejmowanej z gołąbków przez dzieci. Wmieszana w masę gołąbkową zupełnie im nie przeszkadzała! Wcinały je ze smakiem, nie zdając sobie sprawy, że jedzą i kapustę. 😉 Z czasem panny dorosły i do kapusty, i teraz takie obskubane gołąbki bez zawijania są robione dla smaku. Te są wybitnie delikatne. Zrobione zostały wykorzystując resztki kapusty z gołąbków z kaszą i kartoflami. Zawsze powstaje dylemat jak ją zużyć - zwykle gołąbkom towarzyszą łazanki. Ostatnio robiłam kapustę z grzybami, a to kolejny sposób. Na delikatność wpłynęło także dodanie tartego kalafiora zamiast ryżu. Tradycyjnie też były zrobione z mielonego mięsa z indyka, co już samo w sobie wpływa na ich delikatność, a tu dodatkowo pozwoliło się wybić smakom warzyw. Przyznam, że ostateczny efekt mnie bardzo pozytywnie zaskoczył.
Kalafior to jedno z moich ulubionych warzyw. Couscous z kolei, to jeden z tych dodatków, który zawsze mi bardzo smakował. Połączenie tych dwóch okazało się hitem rodzinnym. No może nie do końca połączenie, bo w tym couscous nie ma pszenicznego couscous, ale jest to danie zbliżone do oryginału. Zioła i cytryna nadają całości lekko orzeźwiającego smaku. Kumin z kardamonem nadają smak śródziemnomorski. Rodzynki dodają lekkiej słodyczy, a migdały chrupkości. Wiele razy robiłam takie couscous i znikało co do ziarenka. Czasem robiłam z pomidorami, tak jak to, które jadałam zrobione z "kaszki". Couscous idealnie pasuje do pieczonego łososia, gdy chcemy zjeść nieco lżej lub też jako samodzielne danie np. lunchowe. Oczywiście najlepiej jest gdy postoi kilka godzin w lodówce by wszystkie smaki się przegryzły, choć nie zawsze się to udaje. 😉
Dawno temu jeden z naszych znajomych stracił mocno na wadze - jak twierdził dzięki tofu. Ponieważ tofu nie należało do moich ulubionych produktów czy też dań skomentowałam ten wyczyn, mówiąc, że to zapewne, dlatego, iż wolał nic nie jeść niż jeść tofu. Nawet wymawiałam wtedy tofu jako "to fu". Od tamtych dni minęło wiele czasu i choć nadal nie przepadam za tofu, to zaczęłam je uważać za jadalne, zwłaszcza, jeśli się je dobrze przygotuje. Niewątpliwie kluczem do smaku jest przysmażenie tofu tak, by było chrupiące i dobrze doprawione. Wtedy można je jeść w każdej postaci. Przekonałam się o tym robiąc wegańskie bolognese, kiedy tofu okazało się tak pyszne po usmażeniu, że ciężko było nie podjadać. Tofu smażone z brokułami w lekko ostrym sosie jest ulubieńcem w rodzinie i był okres, gdy mogłam robić je dowolnie często. Co zresztą nie było problemem, biorąc pod uwagę i to, że robi się je szybko, i to że zjadane były wraz z nim warzywa.