Showing posts with label kuchnia regionalna. Show all posts
Showing posts with label kuchnia regionalna. Show all posts

August 27, 2026

Ziemniaki w regionalnej kuchni

Przepisy Pawła Ochmana są mi znane od czasu, gdy stawiałyśmy sobie wegańskie wyzwania. Wtedy w poszukiwaniu inspiracji do gotowania bezmięsnego, natknęłam się na jego przepisy. Ochman nie tylko pisze książki kulinarne, ale i prowadzi blog Weganon. A może i odwrotnie - prowadzi blog, a dodatkowo pisze książki. 😉 Weganon ma dość charakterystyczne fotografie i już choćby po tym można poznać jego przepisy, nawet gdyby nie były podpisane. Ale co najważniejsze, książka Ziemniaki Pawła Ochmana oferuje sporo przepisów na nasze ulubione polskie warzywo - ziemniaka, znanego również jako kartofel. 

Nie będę kryć, że lubię kartofle. Są świetnym dodatkiem do obiadu i chyba lubię go w każdej postaci. No może tylko nie w postaci ubitych kartofli dodanych do zupy owocowej. Tu akurat smakowo mi nie pasują. Ale wszelkie kluski, ziemniaki w różnych odsłonach, placki, kotleciki czy zapiekanki naprawdę lubię. Nie dla mnie słynny tekst polskich mam - zjedz mięsko, a ziemniaczki zostaw. 😉 Skoro mam zjeść mięsko, to i ziemniaczki też zjem. Stąd, kiedy Ochman ogłosił w mediach społecznościowych, że książka ma się wkrótce ukazać, z niecierpliwością na nią czekałam. I kupiłam w dniu jej oficjalnej premiery. A teraz, po kilkunastu tygodniach jej testowania, dzielę się swoimi obserwacjami. 
Print Friendly and PDF

May 15, 2026

Łemkowskie fuczki

Fuczki chciałam zrobić wiele razy, zwłaszcza od czasu zainteresowania się kuchnią łemkowską. Jakoś jednak się nie składało, mimo iż potrawy kuchni łemkowskiej się stale pojawiały na naszym stole. W czasie przymierzania się do fuczków, kilkukrotnie jadłam placek z kimchi, czyli kimchijeon i całkiem nieźle nam smakował. Był co prawda znacznie bardziej ostry niż nasz zwykły fuczek, ale to wynika z różnicy przypraw stosowanych w kuchni koreańskiej i polskiej.
Fuczki to typowe danie kuchni biednej, a właściwie skromnej. Jak już wcześniej pisałam przy innych daniach łemkowskich, nie są one biedne smakowo, a wyłącznie  przygotowywane przez biednych mieszkańców Bieszczad. Kuchnia ta oparta jest bardzo prostych produktach takich jak mąka, kasze, nabiał, kartofle, pewne warzywa i owoce oraz to co można zebrać w lasach. Mięso było zarezerwowane na specjalne okazje i święta. Przepisy na fuczki są de facto dwa - jeden oparty jest na dodatku surowej kapusty kiszonej, a drugi na dodatku gotowanej/duszonej kapusty kiszonej. Ponieważ częściej spotykałam się z tą pierwszą wersją, dzisiaj proponuję przepis na fuczki z użyciem surowej kapusty kiszonej. 

Print Friendly and PDF

May 07, 2026

Pyry z gzikiem z pieczonych kartofli

Bardzo proste danie rodem z Wielkopolski, tyle że w nieco innym wydaniu. Zazwyczaj gzik podaje się do gotowanych kartofli, a ja dzisiaj proponuję te pieczone. Nie są one dla nas żadną nowością, ale zazwyczaj jadaliśmy je w wersji ze śmietaną i masłem. No i oczywiście posypane szczypiorkiem. A ostatnio wpadło mi do głowy, by podać pieczone kartofle z gzikiem. Pieczone to nieco za dużo powiedziane, ponieważ od lat robię kartofle w woreczku i mikrofalówce, dzięki czemu nie muszę grzać wielkiego piekarnika po to by upiec dwa kartofle. Ostateczny rezultat jest taki sam. Jeśli nie mamy takiego woreczka, można kartofle zawinąć w ściereczkę lub włożyć do papierowej brązowej torebki, takiej w jakiej kupuje się warzywa czy owoce sprzedawane luzem. 

Print Friendly and PDF

April 30, 2026

Szpajza, czyli śląski przysmak

Poszukując na lekcję geografii dania typowego dla kuchni śląskiej, które nie byłoby kluskami śląskimi tak uwielbianymi przez moich uczniów, odkryłam szpajzę, czyli deser bardzo dla tej kuchni charakterystyczny i bardzo popularny na Śląsku. Znany jest w niej prawdopodobnie od końca XIX wieku, a odnotowany w książkach kucharskich jeden z pierwszych przepisów na szpajzę cytrynową można znaleźć w wydanej w 1911 r. Kochbuch für Schule und Haus autorstwa Marii Wurst z 1911 roku. Szpajza znana jest też pod nazwami: ajerszpajza, szpajzy, szpajze. Najpopularniejsze smaki to cytrynowy oraz czekoladowy. Inne wersje smakowe to szpajza truskawkowa, wiśniowa, agrestowa czy waniliową.

Szpajza jest deserem na Górnym Śląsku, tradycyjnie podawanym po obiedzie podczas ważnych uroczystości rodzinnych, takich jak pierwsza komunia, wesele, jubileusze, a także podczas świąt np. Wielkanocych czy dorocznych wydarzeń, takich jak odpust parafialny. Najczęściej podaje się ją w dużych salaterkach, z których następnie nakłada się porcje do mniejszych miseczek. Ale bywa też  serwowana w osobnych pucharkach.

Print Friendly and PDF

March 15, 2026

#20 Podróże kulinarne - Spacer po Barcelonie śladami Carlosa Ruiz Zafona

Pamiętam jak bardzo chciałam pojechać do Hiszpanii po przeczytaniu "Most nad rwącą rzeką" Stanisławy Fleszarowej-Muskat. Był okres, że uwielbiałam tę książkę; miała w sobie to coś. Może to, że działa się współcześnie dzięki czemu mogłam się do niej odnieść, a nie traktować jako czystą abstrakcję. Ale przez wiele lat nie dane mi było zwiedzić Hiszpanię. Nigdy nie była po drodze do Polski.  Po latach na rynku księgarskim pojawił się Carlos Ruiz Zafón i jego książki z cyklu Cmentarza zapomnianych książek. Ta seria momentalnie wciągnęła mnie. Kiedy przeczytałam "Cień wiatru" i "Gra Anioła" chęć odwiedzenia Hiszpanii zawitała ponownie i to ze zwielokrotnioną mocą. Chciałam pojechać do Barcelony i przejść się śladami bohaterów i skosztować jedzenia, które jadła Alicja Gris. 

Print Friendly and PDF

February 15, 2026

#19 Podróże kulinarne - Amsterdam i oliebollen

Przez wiele lat marzyłam by odwiedzić Holandię. Na podstawie tego co czytałam o niej kojarzyła mi się z fajnym krajem. Żeby było śmieszniej, latałam do Polski przez Amsterdam od czasu kiedy przeprowadziłam się w okolice Seattle, ale nigdy nie miałam okazji wyjść z lotniska. Skądinąd bardzo lubiłam je - piękne, jasne, przestronne. Kiedyś nawet miało masę atrakcji piłkarskich z racji rozgrywek Euro. Ale przez lata to było wszystko, jeśli chodzi o Holandię. Aż w końcu udało się i polecieliśmy do Holandii. Nawet nie po drodze ze Stanów, a po prostu celowo w czasie jednej z wizyt w Polsce.  Print Friendly and PDF

November 08, 2025

Przypalanka - podkarpacka zupa kartoflana na żeberkach

Pozostając przy potrawach regionalnych, warto spróbować podkarpackiej zupy na żeberkach. Ponieważ od lat wyszukuję i chętnie sięgam po regionalne przepisy, ten mnie zainteresował, bo oparty był na prostych składnikach, a sama zupa idealna na dni, kiedy potrzebny jest w miarę szybki obiad - najlepiej jednogarnkowy i nabierający smaku wraz z gotowaniem. 
Na terenach Kolbuszowszczyzny, przynależącej do rejonu Puszczy Sandomierskiej, grzyby są częstym dodatkiem do najróżniejszych dań, w tym zup. Nie dominują one smaku zupy, ale stanowią jej ważny akcent smakowy. Podstawą zupy są  ziemniaki, zaś żeberka je świetnie uzupełniają. 
Ponieważ nie do końca podobała mi się konsystencja zupy, moja wersja przypalanki jest zrobiona bez zasmażki i ze składnikami, które nie są tak bardzo podrobione na maleńkie kawałki. Według mnie zyskała na tym, ale jeśli wolimy zupy gęste i zawiesiste, to można zrobić ją tak, jak radzą autorki oryginalnego przepisu. 
Przepis na przypalankę pochodzi od pań z Koła Gospodyń Wiejskich z Nowej Wsi (gmina Kolbuszowa), a znaleźć go można w publikacji regionalnej województwa podkarpackiego, LGD Siedlisko Smaki Kolbuszowszczyzny. 
Print Friendly and PDF

November 05, 2025

Parzybroda chłopska z regionu świętokrzyskiego

Jakiś czas temu, za sprawą lekcji geografii z dziećmi w szkole, powróciłam do parzybrody. Kiedyś już robiłam parzybrodę, ale nieco inaczej. Niby te same składniki, ale ta poprzednia bardziej przypominała zupę. Tym razem jest to parzybroda chłopska, na którą przepis znalazłam w wydawnictwie regionalnym "Potrawy tradycyjne z regionu Gór Świętokrzyskich", opublikowanym lata temu w ramach rozpowszechniania kuchni regionalnych. Ta parzybroda różni się od poprzedniej przede wszystkim tym, jaka jest pożywna - gęstsza, z większą ilością boczku. Widać że jest to dnie proste, chłopskie, mające dać energię do pracy. Główne dwa składniki - kapusta i kartofle wyraźnie zaś wskazują na to, że jest to kuchnia prosta, z rejonów, gdzie ciężko było uprawiać cokolwiek innego z racji nieurodzajnych terenów. Nie przeszkodziło to jednak by w 2007 r. „parzybroda chłopska” zajęła pierwsze miejsce w konkursie na potrawę regionalną województwa świętokrzyskiego w Tokarni, a rok później otrzymała nagrodę Perła w konkursie „Nasze Kulinarne Dziedzictwo- Smaki Regionów”. To chyba wystarczy nam za rekomendację! Ale jak to bywa z takimi przepisami, nie posiadają one dokładnych proporcji. W przepisie czytamy tylko jakie są składniki: "Słodka kapusta, ziemniaki, boczek wędzony, kminek, zioła, sól, pieprz, liść laurowy, ziele angielskie, cebula. Wszystkie składniki pochodzą od okolicznych rolników, hodowców oraz z własnego ogródka." Podaję więc proporcje mniej więcej a przepis cytuję w oryginalnym brzemieniu. 
Parzybroda w zimne dni rozgrzeje i nasyci nas. Dla wielu, stanie się typowym comfort food. 

Print Friendly and PDF

June 28, 2025

#18 Podróże kulinarne - polskie smaki, czyli gdzie można dobrze zjeść (część 10) - Bary mleczne w Warszawie

Kiedy w 1896 r. przy ulicy Nowy Świat w Warszawie powstał pierwszy bar pod nazwą Mleczarnia Nadświdrzańska, jego właścicielowi Stanisławowi Dłużewskiemu zapewne nie przyszło do głowy, że dwa wieki później, bary mleczne nie tylko będą nadal istniały, ale wręcz przeżywały swój renesans. Pierwszy bar mleczny miał świetną lokalizację i ogródek, a jego właściciel był ziemianinem,  przedsiębiorcą rolnym i - co nie dziwi - hodowcą krów. Zasadniczym celem baru było serwowanie tanich posiłków opartych o mleko, jajka i mąkę. W tym sensie obecne bary mleczne są inne, bo spokojnie można w nich zjeść dania mięsne. Pierwszy bar mleczny okazał się być świetnym pomysłem i już wkrótce powstało ich mnóstwo na terenie całej Polski. Po I wojnie światowej działalność barów dość ostro regulowało państwo, by zapobiegać marnotrawstwu jedzenia, zawyżaniu cen czy oszukiwaniu klientów. Zarówno ceny jak i receptury na serwowane w barach dania miały pozwolić biedniejszym ludziom na zjedzenie pożywnych posiłków.

W latach młodości nie byłam częstą bywalczynią barów mlecznych. Nie cieszyły się one w środowisku studenckim dobrą opinią. Prześmiewcza scena z filmu "Miś" Stanisława Barei zrobiła swoje! Nawet jeśli była przejaskrawiona, a taka była, pokazywała je od najgorszej strony brudnych naczyń, podejrzanych klientów i małego wyboru dań. 😉 W czasach studenckich, sporadycznie zdarzało mi się zajrzeć do Baru Uniwersyteckiego obok Uniwersytetu Warszawskiego, zwanego potocznie barem Karaluch, ale przyznam, że nie miałam zbyt wielkiej motywacji do tego, bo prościej i zdecydowanie smaczniej było wpaść do babci. Czasami na jakichś wyjazdach też zdarzało mi się jadać w barach mlecznych, ale zasadniczo jeśli korzystałam z jedzenia poza domem, to były to raczej stołówki szkolne, choć nie mogę powiedzieć by wzbudzały one mój entuzjazm. O ile w pierwszej podstawówce lubiłam obiady szkolne i podwieczorki dawane dzieciom przebywającym w świetlicy, o tyle w kolejnych szkołach - delikatnie mówiąc - nie przepadałam za nimi. Jeśli tylko mogłam wymigiwałam się od jadania w nich obiadów, nawet kosztem niedojadania i udawania, że obiad zjadłam w szkole. Pamiętam, że kiedyś mama opowiedziała mi o tym, jak ona oszukiwała swoją mamę płacąc za  obiady stołówkowe, a kiedy dostała kwitek potwierdzający zapłatę, by pokazać go babci, rezygnowała z obiadów i dostawała zwrot pieniędzy. Nie wiem czy nie pomyślała, że w ten sposób podsuwa mi pomysł czy uważała, że nie zdobędę się na powtórkę, w każdym razie, w miarę szybko sprawdziłam czy tak się da. No i na pewien czas zakończyłam swoje stołówkowe katusze. Pamiętam, że powodem mojej ostatecznej rezygnacji był obrzydliwy ślimak znaleziony w sałacie. Nie pomogły przekonywania babci Ireny, że Francuzi uwielbiają ślimaki i płacą za nie krocie! Było to mój ostatni obiad w stołówce, bo następnego dnia wycofałam pozostałe na ten miesiąc pieniądze. Chyba potem zostałam za to oszustwo pokarana pierożkami garmażeryjnymi, które mama tak uwielbiała nam dawać na obiad. Dobrze, że można było podskoczyć do babci i dostać u niej coś pysznego. Tylko dzięki temu przetrwałam obiadową traumę dzieciństwa. 😉

Print Friendly and PDF

June 20, 2025

Knedle serowe z truskawkami

Wiele lat temu, uważałam, że najlepsze knedle są ze śliwkami, ale od tego czasu zmieniłam zdanie. Knedle z truskawkami są równie pyszne. Dla mnie stanowią smak początku lub zbliżającego się lata! Nigdy potem tak nie smakują, jak ze świeżymi truskawkami od lokalnych dostawców - takimi ciemnymi, aromatycznymi i pełnymi smaku. 

Austriacki przepis na knedle (marillenknödel) jest delikatniejszy niż nasz polski. Sięgam po niego przy robieniu knedli z różnymi owocami - sprawdził się nie tylko w przypadku moreli, ale także i śliwek. Były tak smaczne, że trudno było przestać je jeść. 😉 Te delikatne ciasto aż się prosi do delikatnych truskawek. Stąd też dzisiejszy obiad - serowe knedle z truskawkami podawane ze śmietaną lub sosem truskawkowym, lub jednym i drugim! Idealne na pierwszy dzień lata. 


Print Friendly and PDF

April 14, 2025

Pierogi łemkowskie

Jest to jeden z przepisów z opisanej niedawno przeze mnie książki "Kuchnia łemkowska z Ropek. Częstujcie się!". Przypominają nieco pierogi ukraińskie, ale nie do końca. Odróżnia je użycie dwóch różnych serów, a nie tylko zwykłego twarogu, a także dodatek mięty do sera. Ciekawe w smaku i idealne na bezmięsny obiad z dodatkiem wielu warzyw serwowanych w różnej postaci. Można też je podać jako dodatek do dania mięsnego - tak jedli moi mięsożerni goście i domownicy. Dla mnie najsmaczniejsza i najbardziej wyrazista była wersja podsmażana z zarumienioną cebulą. 

Print Friendly and PDF

March 23, 2025

Kuchnia łemkowska z Ropek: Częstujcie się!

Jest 1981 rok - taka swoista odwilż w kraju Lekcja historii w ósmej klasie. Tego roku mamy nową, bardzo fajną nauczycielkę i pewnie dlatego taka sytuacja mogła mieć miejsce. Omawiamy czasy powojenne w Polsce, więc temat oddziałów UPA i OUN, i walk z nimi na terenach Polski południowo-wschodniej. W pewnym momencie pani proponuje, że jeśli wśród nas jest ktoś, kogo dziadek wałczył z oddziałami UPA czy OUN, to może zaprosiłby na lekcję. Nikt się nie zgłasza, a w odpowiedzi odzywa się jeden z chłopaków, takich nieco bardziej wygadanych, wręcz na granicy bezczelności. I proponuje, że może by zaprosić dziadka który walczył w tych oddziałach. Zapada cisza. 

Do tematu nie wracamy, a jedynie kontynuujemy naukę tego, co przewiduje program nauczania historii tamtych lat.  A więc akcja "Wisła" - jedynie słuszna odpowiedź na to, co działo się na tamtych terenach. I to bez szczegółów, bez opowieści o dramatach przesiedlonych rodzin, porozrzucanych po ziemiach odzyskanych mieszkańcach wiosek Beskidu Niskiego i Sądeckiego oraz Bieszczad, o okradzeniu ich z ich mienia i dorobku życia w czasie tego przesiedlenia, o warunkach w nowych miejscach. Wszystko co podaje ówczesny przekaz sprowadza się do sielankowej niemal opowieści o przybyciu na Ziemie Odzyskane. Ani słowa o tęsknocie, o zniszczeniu kultury, o represjach w stosunku do Łemków, takich jak choćby w obozie w Jaworznie, który - czego tym bardziej nie wspominano - był filią obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, wybudowaną jeszcze w czasie II w.ś. Ani słowa o mniej lub bardziej udanych próbach powrotów, nie zawsze dokładnie na swoje, bo to zostało rozgrabione i stało się własnością państwa, o traktowaniu Łemków w siermiężnej rzeczywistości PRLu. Kilka tygodni później, te podręczniki, wraz z innymi od historii i rosyjskiego, wylądują na gigantycznym stosie rozpalonym przez uczniów szkół warszawskich na Rynku Starego Miasta. Nie znaczy to, że cokolwiek zmieniło się w nauczaniu historii. Musiało minąć ponad sześćdziesiąt lat od czasu akcji Wisła, by pojawiły się lepsze opracowania, by można było dowiedzieć się więcej na ten temat, by polskie władze ustosunkowały się do tego, co rozegrało się wiosną 1947 r. i później. 

Dlaczego wspominam to zdarzenie i naukę historii w kontekście książki z przepisami Kuchnia łemkowska z Ropek: Częstujcie się!? Przez lata nawet nie wspominano w oficjalnych mediach i publikacjach tego rejonu, który przecież był i jest częścią Polski. Dopiero niedawno tematy łemkowskie zaczęły pojawiać się w najróżniejszych książkach, które czytałam. Początkowo tu i tam wspomniano o Łemkach. Byli oni niejako większym lub mniejszym tłem do rozgrywającej się akcji, jak choćby w książkach Jędrzeja Pasierskiego Kłamczuch, Kły czy Roztopy. I to wystarczyło, bym zaczęła szukać więcej. I tak, dość przypadkowo, znalazłam niezwykłą serię książek Marii Strzeleckiej Beskid bez kitu, która przybliża te rejony w pięknie napisanych i zilustrowanych książkach. Druga część Beskid bez kitu. Zima opowiada między innymi o Wigilii łemkowskiej, a trzecia Hajda. Beskid bez kitu to właśnie opowieść o wysiedleniach Łemków. Beskid bez kitu to chyba najpiękniej napisane książki - zasadniczo adresowane do starszych dzieci, ale niejeden dorosły wiele się z nich nauczy. 

Print Friendly and PDF

March 03, 2025

Ukraińska szuba, czyli śledzie pod pierzynką

Pączki, faworki, róże karnawałowe, pampuchy czy śląskie kreple to tłuste wypieki kojarzące się z końcem karnawału. Były serwowane przede wszystkim w Tłusty czwartek, który rozpoczynał „tłusty tydzień” zamykający karnawał. Dzisiaj pozostał nam praktycznie tylko Tłusty Czwartek, a w niektórych krajach Tłusty Wtorek, czyli Mardi Gras. No i oczywiście mniej lub bardziej huczne zabawy końca karnawału, czyli ostatków, aby wytańczyć się i wybawić na zapas. Oczywiście najhuczniejsze zabawy mają miejsce w Wenecji, Nowym Orleanie, o Ameryce Latynoskiej nie mówiąc. 
Na Śląsku, ostatki, czyli we wtorek przed środą popielcową, nazywano śledzikiem, na cześć dania, jakim są właśnie śledzie przyrządzone na różne sposoby i serwowane w tym dniu. Dla wielu są one doskonałą zakąskę na zimno, łatwą i szybką w przygotowaniu, niedrogą, a przede wszystkim idealnie idącą w parze z mocniejszymi trunkami, których nie tylko szczędzono tuż przed Wielkim Postem, a wręcz uważano je za obowiązkowe. Śledzie przygotowywano na wiele sposobów -  z cebulą w oliwie, z cebulą w śmietanie, na słodko, na kwaśno, łagodnie lub ostro, w sosach majonezowych, śmietanowych, pod pierzynką i bez niej. Ponieważ na Śląsku, zwłaszcza Dolnym, nie brakuje osób, które tu przyjechały ze wschodnich rejonów w ramach zasiedlania tzw. ziem odzyskanych, to i taki śledź też znajduje się w ostatkowym repertuarze. Zazwyczaj jadamy ją w okolicy świąt Bożego Narodzenia, ale nie tylko.

Print Friendly and PDF

January 29, 2025

Bieszczadzkie pierogi z jabłkami

Choć w Polsce to okolice Grójca pod Warszawą kojarzą się z sadami jabłkowymi, również i Bieszczady należące do Beskidów Wschodnich uznawane są za zagłębie jabłkowe. Z kolei przebiegający przez ziemie Krosna szlak handlowy oraz przenikanie się w tym regionie różnych nacji, spowodowało powstanie jedynej i niepowtarzalnej kuchni regionu, przynależącej do kuchni karpackiej. Proste, a jednocześnie bardzo smaczne potrawy tego rejonu oparte są na ziemniakach, kapuście, kaszach, produktach mącznych i przetworach mlecznych. Jednym z tradycyjnych dań są bieszczadzkie pierogi przygotowywane z różnymi farszami – z serem na słodko,  oraz z ziemniakami i serem, a także właśnie z jabłkami, których tu jest pod dostatkiem. Podobnie jak w przypadku innych przepisów regionalnych, tak i ten nie jest zbyt precyzyjny. Wykorzystałam więc mój przepis na ciasto na pierogi, a nadzienie przygotowałam według uznania, zwłaszcza, że nadzienia są różnie szykowane i można znaleźć wiele przepisów na nadzienie - od tartych jabłek wymieszanych z dodatkiem cynamonu (lub bez) poprzez jabłka pokrojone w drobną kostkę, a skończywszy na jabłkach w plasterkach. Słowem robimy tak, jak nam najbardziej pasuje. 

Print Friendly and PDF

January 25, 2025

Welewetka i kaszubski kuch marchewny

Przez wiele lat byłam przekonana, że ciasto marchewkowe to wytwór kuchni amerykańskiej. I do tego średnio udany, bo bardzo długo nie umiałam się przekonać do tego wypieku. Tymczasem, jak się okazało, ta właśnie niechęć wynikała z jedzenia średniej jakości ciast, najczęściej udekorowanych niewyobrażalną ilością okropnie słodkiej masy. Kiedy trafiłam w końcu na smaczne ciasto marchewkowe, zmieniłam zdanie. Ostatnio, pod wpływem książki Stasi Budzisz  "Welewetka. Jak znikają Kaszuby" oraz szykowanej lekcji o Kaszuba, zaczęłam szukać smakołyków kaszubskich  odkryłam, że ciasto marchewkowe znane jest od pokoleń i w Polsce, na Kaszubach. 

Zacznijmy od książki. "Welewetka. Jak znikają Kaszuby"wciąga od pierwszych stron i to tak, że nie sposób przestać ją czytać, a jak się nawet przestanie, to nadal się o niej myśli. Z książki dowiadujemy się i o historii samych Kaszub, i o przeżyciach rodziny autorki, sięgającej XIV w. Budzisz urodziła się i wychowała w czasach, kiedy bycie Kaszubem nie było czymś, czym należy się chwalić. Delikatnie mówiąc było "niefajne". W szkołach nie uznawano gwar i języków etnicznych, więc trzeba było mówić po polsku, co dla niektórych oznaczało wyizolowanie, wytykanie przez rówieśników, naukę polskiego niczym obcego języka. 

Kaszuby kojarzyły się ze wsią i przaśnością, a nie z kulturą regionalną. O tragicznej historii Kaszubów milczano i nie uczono w szkołach; a dostało się Kaszubom najpierw od Prusaków/Niemców, potem od Polaków i sowietów. Ale po kolei. Choć Kaszubi, według Prusaków, a potem Niemców, byli dobrym materiałem na zniemczenie, to wcale im do tego nie było spieszno. Oni byli Kaszubami, tak jak Ślązacy byli Ślązakami, nawet jeśli identyfikowali się z Polską mniej lub bardziej otwarcie. Na początku II wojny światowej, w czasie tzw. akcji Intelligenzaktion na Pomorzu, zwanej również Säuberungsaktion, „krwawą pomorską jesienią”, „niemieckim Katyniem 1939-1940, w masowych egzekucjach w Piaśnicy, obok Polaków i Żydów, zginęły tysiące Kaszubów - zwłaszcza przedstawicieli społeczności kaszubskiej, zwłaszcza tych uważanych za jej przywódców. Według hitlerowców, to właśnie oni stanowili ważny element tej społeczności, a także otwarcie identyfikowali się z Polską, co dla Niemców było zdradą. Okupanci bardzo dobrze mieli to rozpracowane i doskonale zdawali sobie sprawę, że elita tego regionu nie podda się germanizacji i może wpływać na innych. W późniejszym okresie, na Kaszubach wymuszano podpisywanie Volkslisty i wcielano na siłę do wojsk niemieckich - Wehrmachtu czy Kriegsmarine. Odmowa oznaczała represje wobec całej rodziny. Słynny "dziadek z Wehrmachtu", który wypłynął przy okazji wyborów w 2005 r. to właśnie efekt zmuszania Kaszubów i mieszkańców Pomorza do służenia w armii niemieckiej. Za to właśnie oskarżano ich (i nadal oskarża) o zdradę i kolaborację, mimo iż wielu dezerterowało przy pierwszej nadarzającej się okazji. A kiedy nadeszło wyzwolenie od hitlerowców, przyszła też kolejna fala represji i brutalnego podejścia do Kaszubów, których sowieci traktowali jak Niemców. No a Niemki należało gwałcić, by "złamać za pomocą gwałtu zarozumiałość rasową germańskich kobiet", jak to nawoływał propagandzista sowiecki, Ilja Erenburg*. Babcia Stasi Budzisz niestety tego doświadczyła na sobie - była wielokrotnie zgwałcona przez "wyzwolicieli" ze wschodu. 

O gwałtach na kobietach nie tylko nie mówiło się na lekcjach historii, bo przecież wspaniali wyzwalający nas żołnierze radzieccy nie mogli być szkalowani takimi oskarżeniami, ale i w rodzinach ofiar.  W tym i w rodzinie Budzisz. O Volksliście uczyło się na lekcjach historii tylko w kontekście czy też z perspektywy Generalnej Guberni. A to oznaczało, że każdy, kto ją podpisał był zdrajcą. Dopiero z czasem te fakty i wspomnienia "wyszły" na jaw. "Welewetka. Jak znikają Kaszuby" o tym właśnie opowiada; a także i o tym jak odżywają Kaszuby. I o tym jak stali się "odłamem Narodu", podobnie jak Ślązacy, Mazurzy czy Warmiacy. Odłamem, który trzeba było wcielić do jednego narodu, kosztem zniszczenia kultury, języka, tożsamości etnicznej. 

Książkę "Welewetka. Jak znikają Kaszuby", nie tylko się czyta/słucha z ogromnym zainteresowaniem. Dodatkowym atutem książki są fotografie rodzinne Stasi Budzisz, pokazujące historię jej rodziny i Kaszub. Ogromną siłą książki są wszelkie ciekawostki o Kaszubach. Strona po stronie poznaje się drogę autorki - odejścia od kaszubszczyzny, powodowanego wstydem, "czyszczenia" języka z polkaszu i niechcianego akcentu, a następnie powrotu do kaszubszczyzny i rodzinnych korzeni. Powrót był nieco przypadkowy, ale dla nas, czytelników, z którymi Stasia Budzisz podzieliła się swoją opowieścią, fascynujący. Dzięki tej książce poznajemy bowiem nie tylko rodzinną historię Budzisz, ale i historię Kaszubów i Kaszub.   

Mogłabym długo opowiadać o Welewetce, bo zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Ale wracam do pieczenia i do kucha i kuchni kaszubskiej, gdyż jest bardzo ciekawa smakowo - z jednej strony dość prosta, a jednocześnie bogata w najróżniejsze smaki. Łatwy dostęp do wód, sprawił, że ryby, zarówno słono- jak i słodkowodne, są podstawowym składnikiem na kaszubskim stole. Ale nie tylko. Obok ryb ważną rolę spełniały najróżniejsze produkty rolne, takie jak gryka, brukiew, marchew, groch, ziemniaki, a z mlecznych produktów masło, maślanka. Istotnym składnikiem był też miód i wszelkie skarby leśne - grzyby, borówki, jagody czy jeżyny. No i nie można zapomnieć o truskawkach kaszubskich, bo ten region to dosłownie truskawkowe zagłębie. Większość warzyw i owoców, produktów mlecznych czy miód wytwarzano w gospodarstwach domowych Kaszubów. Podstawowym zadaniem w szykowaniu posiłków było zwykłe zaspokojenie głodu, a nie delektowanie się posiłkami;  dlatego też dania kaszubskie, jak już wspomniałam, są proste, ale przy tym bardzo smaczne i pożywne. Dania rybne urozmaica się spożywając je z chlebem lub z warzywami. Wśród warzyw królują ziemniaki w różnych odsłonach, ale także marchew, buraki, czy mało gdzie indziej popularna brukiew, która pod względem smaku i wartości odżywczych nie ustępuje innym warzywom.

Kaszubski kuch marchewny, zwany też czasem miodowym kuchem, to słodki deser o marchewkowo-cynamonowym zapachu. Z jego wypiekaniem wiąże się długoletnia tradycja. Dawniej ciasto było przygotowywane na ważne uroczystości rodzinne, tj. święta, wesela, urodziny czy chrzciny.  Ponieważ ciasto początkowo przygotowywane było z łatwo dostępnych składników w każdym gospodarstwie, takich jak marchew, mąka, jajka czy woda, Kaszubi nazywali je „biednym ciastem”.  Z czasem smak kaszubskiego kucha doskonalono dodając do niego suszone owoce, orzechy, czy kakao. Kaszubski kuch marchewkowy o produkt wpisany na listę produktów tradycyjnych w województwie pomorskim. 

Ciasto
2 średniej wielkości marchewki
9.5 oz/ 260 g mąki pszennej
2 łyżeczki proszku do pieczenia
łyżeczka cynamonu
szczypta soli
3 jajka
100 g / 1/2 szklanki cukru
200 ml / 3/4 szklanki + 4 łyżeczki oleju
100 g / 5 łyżek miodu

Opcjonalnie drobno posiekane orzechy włoskie i/lub bakalie  

Lukier
szklanka cukru
3-4 łyżki soku z marchewki
wrząca woda


Piekarnik nagrzać do temperatury 360 F/180 C.

Formę keksówkę lub inną o rozmiarach zbliżonych do 9x5 cali/21x11 cm nasmarować tłuszczem.

Obrać marchewki i zetrzeć na tarce na drobnych oczkach. 

Do miski przesiać mąkę z proszkiem do pieczenia i cynamonem. Dodać szczyptę soli. Wymieszać.

W osobnej misce ubić jajka z cukrem na puszystą masę. Dodać miód i olej. Kiedy powstanie jednolita masa, dodać startą marchewkę i wymieszać z masą.  Następnie dodawać stopniowo suche składniki i delikatnie mieszać całość szpatułką. Pod dodać  do ciasta orzechy 
i/lub bakalie  - o ile je dodajemy. Gotową masę na ciasto przelać do formy.

Piec przez około 45 minut  - do suchego patyczka. 
Po upieczeniu formę z ciastem wyjąć z piekarnika i odstawić na 10 minut. Następnie ciasto przełożyć na  kratkę do dalszego wystudzenia. W tym czasie przygotować lukier - dobrze mieszając wszystkie składniki.  Jeśli lukier wyjdzie zbyt rzadki należy dodać nieco więcej cukru pudru, jeśli zbyt gęsty – odrobinę soku lub wody i rozetrzeć.

Letnie ciasto polać lukrem i udekorować po wierzchu orzechami. 


Uwagi dodatkowe
  • Kaszubski kuch marchwiowy można zrobić również i z mąki bezglutenowej. Ponieważ jest nieco bardziej sucha niż zwykła, należy dodać 3-4 łyżki wody.
  • Jeśli nie mamy soku z marchewki, lukier można przygotować z cukru pudru i wrzącej wody oraz soku z 1/2 cytryny.




Wele wele wetka w wykonaniu chóru Cmenius


Wele wele wetka w wykonaniu grupy Redlin



A na zakończenie słowa piosenki Wele wele wetka

Wele wele wetka, gdzieś ty była?
Wele wele wetka, u staruszki
Wele wele wetka, coś dostała?
Wele wele wetka, miska pyszki
Wele wele wetka, tata przyniósł
Wele wele wetka, ful miech slewow
Wele wele wetka, smakowało?
Wele wele wetka, ojojoj

Wele wele wetka, biegnij naprzód
Wele wele wetka, weź te wieńce
Wele wele wetka, smakuj wszystko
Wele wele wetka, idź na tańce
Wele wele wetka, goście jadą
Wele wele wetka, i śpiewają
Wele wele wetka, wszyscy jedzą
Wele wele wetka, popijają

Wele wele wetka, gdzieś ty była?
Wele wele wetka, u staruszki
Wele wele wetka, coś dostała?
Wele wele wetka, miska pyszki
Wele wele wetka, tata przyniósł
Wele wele wetka, ful miech slewow
Wele wele wetka, smakowało?
Wele wele wetka, ojojoj

Wele wele wetka, biegnij naprzód
Wele wele wetka, weź te wieńce
Wele wele wetka, smakuj wszystko
Wele wele wetka, idź na tańce
Wele wele wetka, goście jadą
Wele wele wetka, i śpiewają
Wele wele wetka, wszyscy jedzą
Wele wele wetka, popijają


Tekst pochodzi ze strony Piosenkowo
Inspiracja przepisu: Smaker

* Cytat z książki Stasi Budzisz "Welewetka. Jak znikają Kaszuby"



Print Friendly and PDF

January 20, 2025

Schab po lasowiacku

O tym daniu można powiedzieć "nic szczególnego - mięso w sosie grzybowym". Jednak to co wyróżnia schab po lasowiacku, to fakt marynowanie mięsa w serwatce lub maślance. 
Lasowiacy to jedna z grup etnicznych rejonu podkarpackiego. Od wieków zamieszkują te tereny i tak na dobrą sprawę nie bardzo wiadomo jak tu trafili. Wykształcili swoją własną kulturę, w tym i gwarę, a także kuchnię regionalną.  Podobnie jak Łemkowie, mieszkający w niedalekim sąsiedztwie, Lasowiacy mieszkają na mało żyznych ziemiach co pozwalało im jedynie na pewne, choć niewielkie uprawy rolne i hodowlę zwierząt. Przede wszystkim jednak nie brak tu lasów, a co za tym idzie wszystkiego co można w nich zebrać - bogactwa leśnych grzybów, jagód i innych darów natury. Zgodnie z przysłowiem Lasowiaków, „Las, ociec nas, a my dzieci jigo, idziewa do nigo”. Nie dziwi więc, że dania wywodzące się stąd są oparte m.in. na grzybach lub też z ich dodatkiem, jak choćby właśnie schab po lasowiacku. Nawet kilka grzybów suszonych zmienia diametralnie i - według mnie - na lepsze niemal każdą potrawę, a sosy grzybowe są tak pyszne, że można je jeść z kluskami czy kaszą jako osobne danie. 
Schabowi kruchości nadaje marynowanie w maślance lub serwatce. Ja wybrałam serwatkę, ponieważ zawsze mi zostaje po robieniu sera i przyznam, że jest to świetny sposób na jej zagospodarowanie. Z kolei sos doskonale uzupełnia danie i sprawia, że schab jest delikatny i soczysty. 
Można dziwić się skąd w biednej kuchni, znajdujemy przepis na tak pyszne danie oparte na mięsie? No cóż - nawet tam, gdzie na codzień jadano skromnie, na święta i bardzo szczególne okazje szykowano dania wytworniejsze, oparte na mięsie. Poza tym las to nie tylko grzyby i owoce leśne, ale również i dzika zwierzyna. Z niej również można pozyskać mięso do jedzenia. A Lasowiacy łowili zwięrzęta - i te w lasach, i te w wodach. Oczywiście nie mam pewności co do tego, ale wydaje mi się że marynowanie schabu, by skruszał bierze się stąd, że używano mięsa z dziczyzny, które wymaga marynowania. Być może to właśnie zapoczątkowało marynowanie i zwykłego schabu. Kto wie... 

Print Friendly and PDF

January 15, 2025

Proziaki bezglutenowe

Tym razem wersja bezglutenowa wypróbowanych wcześniej proziaków podkarpackich. Wyszły równie smaczne jak te w wersji tradycyjnej i idealnie uzupełniły danie fasolki po bretońsku. Dzięki dobrze dobranej mące bezglutenowej nie czuć w ogóle różnicy w smaku proziaków. 
Podobnie jak w przypadku proziaków tradycyjnych, również i te najlepiej smakują na świeżo, choć oczywiście w razie potrzeby można je odświeżyć  w tosterze lub i na patelni. 
Print Friendly and PDF

January 10, 2025

Proziaki (adzymki)

Zupełnie przypadkowo odkryłam książkę Marii Strzeleckiej "Beskid bez kitu", która bardzo mi się spodobała i dzięki której, zaczęłam odkrywać rejon Beskidu. Nie jest to moje pierwsze literackie spotkanie z tym rejonem, ale chyba pierwsze tak odkrywcze. Wcześniej już zaczynałam interesować się historią i kulinariami z tych okolic za sprawą kryminałów Jędrzeja Pasierskiego, a zwłaszcza "Kłamczuch" i "Roztopy". Są one osadzone w Beskidzie Niskim, w okolicach Gorlic. I kiedy tak sobie słuchałam kryminałów, zdałam sobie sprawę, że przecież w tych rejonach spędziłam 3 turnusy kolonii letnich w Grybowie. Nie oznacza to jednak, że przyczyniło się to do poznania tego regionu. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX w. nikomu nie zależało, by dzieci czy młodzież zapoznać z kulturą, sztuką czy historią Beskidu. Przyrodę nieco poznaliśmy wyłącznie włócząc się po okolicy Grybowa w czasie wycieczek, ale nie było to celowe poznawanie jakiego teraz można doświadczać np. w ramach tzw. zielonej szkoły. Kiedy więc w moje oko wpadła książka Strzeleckiej, momentalnie i z wielką przyjemnością w zabrałam się za jej czytanie. Wraz z Terką i Nelą, a przede wszystkim babcią Teklą, poznawałam zioła rosnące na beskidzkich łąkach i uczyłam o ich stosowaniu, odkrywałam wsie połemkowskie, podziwiałam faunę, tak wspaniale pokazaną na rysunkach w książce. Beskid bez kitu jest bowiem przepięknie napisaną i zilustrowaną książką. Zupełnie to nie dziwi, gdyż Strzelecka jest nie tylko pisarką, ale i graficzką. Czytając Beskid bez kitu, całą wyobraźnią widzi się i słyszy odgłosy Beskidu, czuje zapach łąk, smak jagód czy poziomek zbieranych w lasach przez bohaterki książki. 
I tak to doszłam do potraw z tych okolic. Przyznam, że wątpię by przy krótkich wyjazdach do Polski, nadarzyła mi się możliwość wyprawy w Beskid i spróbowania lokalnej kuchni. Dlatego też, jak już wcześniej to robiłam, zaczęłam sama szykować potrawy regionalne i z czasem zacznę je tutaj umieszczać. 
O proziakach wiele razy słyszałam i w końcu chciałam ich spróbować. Ich nazwa wywodzi się od sody oczyszczonej, kiedyś nazywanej prozą. Przyznam, że proziaki, zwane również adzymkami w kuchni łemkowskiej, przypominają mi smakiem English muffins, czyli plackowate chlebki/bułeczki. Proziaki są łatwe w robieniu i nie wymagają pieca czy piekarnika. Spokojnie można je zrobić na patelni - tak właśnie i ja je robiłam, choć tradycyjnie były robione na żeliwnej blasze pieca kuchennego. Najczęściej były przygotowywane w okresie letnim, kiedy praca w polu sprawiała, że nie było zbyt wiele czasu na szykowanie posiłków. Jadało się je na ciepło, na słodko i na wytrawnie, z różnymi smarowidłami, takimi jak dżemy, miód czy masło, w tym i czosnkowe. A ja polecam nie tylko proziaki, ale przede wszystkim książkę, która mnie natchnęła do poznawania Beskidu. 

Print Friendly and PDF

November 15, 2024

Ślepe ryby, czyli rzadkie pyrki

Ślepe ryby jadłam pierwszy raz w tym roku w restauracji Bamberka w Poznaniu. Jest to wielkopolska zupa o super mylącej nazwie, ponieważ nie ma nic wspólnego z rybami. Ślepe ryby, nazywane też rzadkimi pyrkami, to postna zupa ziemniaczana. Podobnie jak pyry z gzikiem, tak i ślepe ryby były daniem biednej ludności, która jedynie od święta  mogła pozwolić sobie na mięso. Skąd więc nazwa? Brak mięsa, a co za tym idzie brak tłustych ok (oczek) pływających w zupie sprawił, że zupę nazwano ślepe ryby. Tylko czemu akurat ryby? Przyznam, że nie do końca rozumiem czemu akurat ryby a nie na przykład świnki. 😉

Print Friendly and PDF

August 17, 2024

Pierogi św. Jacka

Czego jak czego, ale przepisu na pierogi nie wiązałam nigdy ze świętymi. A jednak! Przeglądając listę produktów regionalnych i tradycyjnych, natknęłam się na pierogi św. Jacka, z których pochodzeniem związana jest taka legenda. Dawno, dawno temu, bo na początku XIII w., Jacek Odrowąż idąc na misję na Ruś Kijowską zatrzymał się we wsi Nockowej, aby podkuć konia, a kiedy to zrobił wyruszył w dalszą drogę. Niestety, jadąc już wkrótce, na bagnach stracił konia. Głodny i spragniony postanowił zawrócić do wsi. Po chwili, na wzgórzu zobaczył idących chłopów. Poprosił ich o wodę i jedzenie. Napoili św. Jacka, jednak nie mieli nic do jedzenia. Ten poprosił, aby zabrali z pola do domu snop pszenicy, wykruszyli ziarna i zmielili je. Chłopi tak zrobili, ale mąki było mało. Św. Jacek rozejrzał się po izbie i zobaczył odcedzający się twaróg. Kazał więc dołożyć go do mąki i zagnieść ciasto. Następnie powiedział, by przynieść z pola liście kapusty,  posiekać je i ugotować. Niestety okazało się, że farszu było za mało. Wtedy św. Jacek poprosił, aby nazbierać białej simby, czyli pieczarek, które w tym czasie rosły na dziko na ugorach. Nieufni chłopi uważali, że pieczarki są grzybami trującymi i nie zgodzili się. Wtedy św. Jacek zjadł surową pieczarkę, by pokazać, że wcale nie jest trująca. Widząc to i chłopi nazbierali pieczarek, posiekali je, ugotowali i dodali do farszu. Z ciasta i farszu zrobili pierogi - połowę ugotowano, a połowę upieczono i ułożono w misce św. Jacka. Na ucztę zostali zaproszeni wszyscy mieszkańcy wsi. Uznano to za cud, a miska po tych pierogach znajduje się do dnia dzisiejszego w Będziemyślu. Do dzisiaj jest też znana modlitwa, którą odmawiano przed jedzeniem pierogów „Św. Jacku z pierogami, módl się do Boga za nami, żeby te pierogi cały rok na stole były i nas od głodu broniły”.  

Pierogi św. Jacka, niezależnie od tego czy faktycznie od niego pochodzą czy nie, z czasem zyskały na uznaniu i popularności, przez co stały się przysmakiem województwa podkarpackiego. 

Print Friendly and PDF