
W Polsce nigdy
nie piekłam ciast, które wymagałyby drożdży – przede wszystkim, dlatego, że
moja mama uważała ciasta drożdżowe za praktycznie niewykonalne. Dlatego, jeśli
ktoś miał ochotę na babkę drożdżową, kupował ją w Hali. Była naprawdę dobra. W pewnym momencie, tuż przed wyjazdem do USA zdarzyło mi się kilka razy zrobić pizzę - łącznie z ciastem i wyszło ono dobrze, co przekonało mnie, że nie taki diabeł straszny. No ale pizza i ciasto nieco się różnią.
W 1982 roku tata
przywiózł z Libii suszone drożdże – francuskie w małej puszce. To była nowość,
bo w Polsce wtedy nie były znane. Rosły
jak szalone. Użyliśmy ich do ciasta na pizzę i pamiętam jak nam urosły tak szybko,
że reszta jeszcze nie była gotowa. W pośpiechu przekładaliśmy zaczyn do większej miski, by nam nie uciekł.