Showing posts with label recenzje kulinarne. Show all posts
Showing posts with label recenzje kulinarne. Show all posts

March 30, 2026

Blok czekoladowy rodem z PRLu

Ja akurat nie jadałam tego "przysmaku", bo naszej mamie się nie chciało go robić. Ale moje koleżanki już go jadały i czasem przynosiły do szkoły się podzielić nim. Stąd też smak nie był mi obcy. Podobnie zresztą było z innymi "przysmakami" tej epoki - znałam je, ale nie z domu. Ostatnio zrobiłam go na lekcję historii by dzieciaki ucząc się o PRLu, spróbowały tego "smakołyku". 

W czasie pobytu w Warszawie, trafiłam do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie w jednej z sal, w mini-grupce wspominaliśmy czasy, gdy w naszych łazienkach na pralce gościł powiększalnik, na stołeczkach stały kuwety z wywoływaczem i utrwalaczem, a w wannie pływały czarnobiałe fotografie, właśnie wywołane. Drzwi były owinięte kocami, a nad umywalką świeciła czerwona żarówka. To była pracownia fotograficzna, otwierana po tym, kiedy ostatni domownik umył się przed snem. No i w tych właśnie okolicznościach dowiedziałam się o Muzeum Życia w PRLu, które zaraz następnego dnia odwiedziłam. A cóż lepiej pasuje do takiego bloku czekoladowego, niż wspomnienia rodem z PRLu?

Print Friendly and PDF

March 15, 2026

#20 Podróże kulinarne - Spacer po Barcelonie śladami Carlosa Ruiz Zafona

Pamiętam jak bardzo chciałam pojechać do Hiszpanii po przeczytaniu "Most nad rwącą rzeką" Stanisławy Fleszarowej-Muskat. Był okres, że uwielbiałam tę książkę; miała w sobie to coś. Może to, że działa się współcześnie dzięki czemu mogłam się do niej odnieść, a nie traktować jako czystą abstrakcję. Ale przez wiele lat nie dane mi było zwiedzić Hiszpanię. Nigdy nie była po drodze do Polski.  Po latach na rynku księgarskim pojawił się Carlos Ruiz Zafón i jego książki z cyklu Cmentarza zapomnianych książek. Ta seria momentalnie wciągnęła mnie. Kiedy przeczytałam "Cień wiatru" i "Gra Anioła" chęć odwiedzenia Hiszpanii zawitała ponownie i to ze zwielokrotnioną mocą. Chciałam pojechać do Barcelony i przejść się śladami bohaterów i skosztować jedzenia, które jadła Alicja Gris. 

Print Friendly and PDF

January 06, 2026

#48 Kulinarnie po Seattle i okolicy - Cactus

Cactus wbrew pozorom i przekonaniu wielu, nie jest restauracją meksykańską. Jak z łatwością można zobaczyć na witrynie restauracji, to restauracja serwująca kuchnię południowo-zachodnią (Southwest), a do tego Cactus przyznaje "we are not authentic, we are uniquely Cactus". I wszystko jest jasne! Co nie zmienia faktu, że dominują tu dania powszechnie znane z kuchni meksykańskiej. Stąd też i przekonanie, że jest to meksykańska restauracje.  

W Cactusie bywaliśmy kilka razy, dzięki czemu mogliśmy wyrobić sobie zdanie na temat wielu serwowanych tam potraw. Od razu dodam, że menu zmienia się, więc jest szansa, że to co było dostępne w jednym momencie, niekoniecznie musi być dostępne przy następnej wizycie, zwłaszcza takiej po jakimś czasie. 

Print Friendly and PDF

September 12, 2025

#47 Kulinarnie po Seattle i okolicy: Prywatna wycieczka z donutami w tle

Jakiś czas temu zobaczyłam reportaż w wiadomościach pokazujący wycieczkę kulinarną po Seattle po różnych miejscach serwujących donuty. Chociaż bardzo lubię wycieczki kulinarne, to jakoś nie do końca byłam przekonana by również i na taką się udać. Z drugiej jednak strony, zarówno po moim rankingu jagodzianek w Warszawie, jak i wielu kulinarnych spacerach po różnych miastach, miałam ochotę przekonać się jak smakują donuty w miejscach odwiedzanych w czasie tej wycieczki. Udałam się więc sama na donutowy rekonesans. I choć donuty nie są czymś co lubię najbardziej, to nie żałuję, że to zrobiłam. Poznałam nowe miejsca, nowe smaki donutów i wyrobiłam sobie zdanie na temat cukierni/kafejek, które je robią i serwują. 

Print Friendly and PDF

August 05, 2025

#46 Kulinarnie po Seattle i okolicy: Phô Ba

Kiedy się mieszka w okolicach Seattle, jest się po prostu rozpieszczonym w kwestii kuchni azjatyckiej. Phô można kupić w tylu miejscach, że aż trudno sobie to wyobrazić. Podobnie rzecz się ma z innymi smakołykami czy to kuchni wietnamskiej, czy to kuchni tajskiej, chińskiej, japońskiej i wielu, wielu innych. Już w samych sklepach azjatyckich takich jak Uwajimaya, H-Mart, T&T Market czy Mayuri, w dziale deli jest pełen wybór potraw czy to do zjedzenia na miejscu czy też do zabrania do domu i odgrzania. Ale nawet przy takiej różnorodności i takim bogactwie możliwości wyboru, pewne miejsca wybijają się tym jak są smaczne. 

Print Friendly and PDF

July 23, 2025

Kalimera, czyli grecka kuchnia radości Dionisiosa Sturisa

Kuchnią grecką trudno się zauroczyć bywając w greckich restauracjach. Praktycznie oferują ten sam zestaw jedzenia - głównie gyros, tzatziki, spanakopitę, suvlaki, baklavę. I chociaż są dobre, to jednak według mnie nie pokazują prawdziwego oblicza kuchni greckiej, tak bogatej i różnorodnej. Oczywiście można powiedzieć, że jest to typowe, iż restauracje pokazują maleńki wycinek z tego, co de facto można znaleźć w danej kuchni. I będzie w tym dużo prawdy; jednak najbardziej uderzyło mnie to właśnie w przypadku kuchni greckiej. Książki Dionisiosa Sturisa pokazują, że kuchnia grecka to znacznie więcej niż tych kilka dań i spokojnie w domu można zrobić świetne potrawy greckie. I jest to tylko część wegetariańska, bo Sturis jest wegetarianinem. Print Friendly and PDF

June 28, 2025

#18 Podróże kulinarne - polskie smaki, czyli gdzie można dobrze zjeść (część 10) - Bary mleczne w Warszawie

Kiedy w 1896 r. przy ulicy Nowy Świat w Warszawie powstał pierwszy bar pod nazwą Mleczarnia Nadświdrzańska, jego właścicielowi Stanisławowi Dłużewskiemu zapewne nie przyszło do głowy, że dwa wieki później, bary mleczne nie tylko będą nadal istniały, ale wręcz przeżywały swój renesans. Pierwszy bar mleczny miał świetną lokalizację i ogródek, a jego właściciel był ziemianinem,  przedsiębiorcą rolnym i - co nie dziwi - hodowcą krów. Zasadniczym celem baru było serwowanie tanich posiłków opartych o mleko, jajka i mąkę. W tym sensie obecne bary mleczne są inne, bo spokojnie można w nich zjeść dania mięsne. Pierwszy bar mleczny okazał się być świetnym pomysłem i już wkrótce powstało ich mnóstwo na terenie całej Polski. Po I wojnie światowej działalność barów dość ostro regulowało państwo, by zapobiegać marnotrawstwu jedzenia, zawyżaniu cen czy oszukiwaniu klientów. Zarówno ceny jak i receptury na serwowane w barach dania miały pozwolić biedniejszym ludziom na zjedzenie pożywnych posiłków.

W latach młodości nie byłam częstą bywalczynią barów mlecznych. Nie cieszyły się one w środowisku studenckim dobrą opinią. Prześmiewcza scena z filmu "Miś" Stanisława Barei zrobiła swoje! Nawet jeśli była przejaskrawiona, a taka była, pokazywała je od najgorszej strony brudnych naczyń, podejrzanych klientów i małego wyboru dań. 😉 W czasach studenckich, sporadycznie zdarzało mi się zajrzeć do Baru Uniwersyteckiego obok Uniwersytetu Warszawskiego, zwanego potocznie barem Karaluch, ale przyznam, że nie miałam zbyt wielkiej motywacji do tego, bo prościej i zdecydowanie smaczniej było wpaść do babci. Czasami na jakichś wyjazdach też zdarzało mi się jadać w barach mlecznych, ale zasadniczo jeśli korzystałam z jedzenia poza domem, to były to raczej stołówki szkolne, choć nie mogę powiedzieć by wzbudzały one mój entuzjazm. O ile w pierwszej podstawówce lubiłam obiady szkolne i podwieczorki dawane dzieciom przebywającym w świetlicy, o tyle w kolejnych szkołach - delikatnie mówiąc - nie przepadałam za nimi. Jeśli tylko mogłam wymigiwałam się od jadania w nich obiadów, nawet kosztem niedojadania i udawania, że obiad zjadłam w szkole. Pamiętam, że kiedyś mama opowiedziała mi o tym, jak ona oszukiwała swoją mamę płacąc za  obiady stołówkowe, a kiedy dostała kwitek potwierdzający zapłatę, by pokazać go babci, rezygnowała z obiadów i dostawała zwrot pieniędzy. Nie wiem czy nie pomyślała, że w ten sposób podsuwa mi pomysł czy uważała, że nie zdobędę się na powtórkę, w każdym razie, w miarę szybko sprawdziłam czy tak się da. No i na pewien czas zakończyłam swoje stołówkowe katusze. Pamiętam, że powodem mojej ostatecznej rezygnacji był obrzydliwy ślimak znaleziony w sałacie. Nie pomogły przekonywania babci Ireny, że Francuzi uwielbiają ślimaki i płacą za nie krocie! Było to mój ostatni obiad w stołówce, bo następnego dnia wycofałam pozostałe na ten miesiąc pieniądze. Chyba potem zostałam za to oszustwo pokarana pierożkami garmażeryjnymi, które mama tak uwielbiała nam dawać na obiad. Dobrze, że można było podskoczyć do babci i dostać u niej coś pysznego. Tylko dzięki temu przetrwałam obiadową traumę dzieciństwa. 😉

Print Friendly and PDF

June 08, 2025

#45 Kulinarnie po Seattle i okolicy: Crumbl

Crumbl to sieć cukierni oferujących ciasteczka. Co tydzień ogłaszane jest menu, składające się z 6 wybranych ciasteczek z bogatej i stale powiększającej się oferty firmy.  
Zamówione ciasteczka pakowane są w charakterystyczne różowe pudełko z czarnym napisem na wierzchu. 

Historia firmy jest dość typowa, by nie powiedzieć banalna. Ktoś - w tym wypadku kuzyni z Utah - upiekł ciasteczka z drobinkami czekoladowymi, które uznał za idealne i zapragnął się nimi podzielić z resztą ludzkości. Zaczął swój biznes w małym pomieszczeniu w stylu otwartej kuchni (jak to bywa w wielu amerykańskich domach), a potem rozwinął do ogromnej sieci, obecnie już międzynarodowej. No a teraz mamy gigantyczną sieć cukierni - wyglądających dość sterylnie i prosto, z widokiem na kuchnię. Właśnie z powodu tej prostoty kojarzą mi się one z kafeterią na terenie kampusy firmy Apple, choć jedna nie ma nic wspólnego z drugim.  😉
Print Friendly and PDF

May 10, 2025

Daj gryza. Smakowite historie o jedzeniu.

Duetu Aleksandry i Daniela Mizielińskich nie trzeba przedstawiać. Już dawno zasłynęli przede wszystkim jako genialni rysownicy, których książki dosłownie podbiły świat. Niektóre z nich można kupić w wielu wersjach językowych, a legendarne Mapy zostały sprezentowane dzieciom brytyjskiej pary królewskiej, w czasie ich wizyty w Warszawie. Książkę o Yellowstone czy wspomniane Mapy można było kupić w największych księgarniach USA, a także w Visitor Center parku w Yellowstone. Kiedy wiele lat temu poznałam Aleksandrę i Daniela Mizielińskich prywatnie, przekonałam się, że są to super skromni i niesłychanie życzliwi dzieciom ludzie. Z chęcią sięgam po ich książki, mimo, że już nieco wyrosłam z takiej literatury. Książka "Daj gryza. Smakowite historie o jedzeniu" z racji moich zainteresowań kulinariami, podróżami i kuchniami świata stała się oczywistym wyborem. 

Print Friendly and PDF

March 23, 2025

Kuchnia łemkowska z Ropek: Częstujcie się!

Jest 1981 rok - taka swoista odwilż w kraju Lekcja historii w ósmej klasie. Tego roku mamy nową, bardzo fajną nauczycielkę i pewnie dlatego taka sytuacja mogła mieć miejsce. Omawiamy czasy powojenne w Polsce, więc temat oddziałów UPA i OUN, i walk z nimi na terenach Polski południowo-wschodniej. W pewnym momencie pani proponuje, że jeśli wśród nas jest ktoś, kogo dziadek wałczył z oddziałami UPA czy OUN, to może zaprosiłby na lekcję. Nikt się nie zgłasza, a w odpowiedzi odzywa się jeden z chłopaków, takich nieco bardziej wygadanych, wręcz na granicy bezczelności. I proponuje, że może by zaprosić dziadka który walczył w tych oddziałach. Zapada cisza. 

Do tematu nie wracamy, a jedynie kontynuujemy naukę tego, co przewiduje program nauczania historii tamtych lat.  A więc akcja "Wisła" - jedynie słuszna odpowiedź na to, co działo się na tamtych terenach. I to bez szczegółów, bez opowieści o dramatach przesiedlonych rodzin, porozrzucanych po ziemiach odzyskanych mieszkańcach wiosek Beskidu Niskiego i Sądeckiego oraz Bieszczad, o okradzeniu ich z ich mienia i dorobku życia w czasie tego przesiedlenia, o warunkach w nowych miejscach. Wszystko co podaje ówczesny przekaz sprowadza się do sielankowej niemal opowieści o przybyciu na Ziemie Odzyskane. Ani słowa o tęsknocie, o zniszczeniu kultury, o represjach w stosunku do Łemków, takich jak choćby w obozie w Jaworznie, który - czego tym bardziej nie wspominano - był filią obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, wybudowaną jeszcze w czasie II w.ś. Ani słowa o mniej lub bardziej udanych próbach powrotów, nie zawsze dokładnie na swoje, bo to zostało rozgrabione i stało się własnością państwa, o traktowaniu Łemków w siermiężnej rzeczywistości PRLu. Kilka tygodni później, te podręczniki, wraz z innymi od historii i rosyjskiego, wylądują na gigantycznym stosie rozpalonym przez uczniów szkół warszawskich na Rynku Starego Miasta. Nie znaczy to, że cokolwiek zmieniło się w nauczaniu historii. Musiało minąć ponad sześćdziesiąt lat od czasu akcji Wisła, by pojawiły się lepsze opracowania, by można było dowiedzieć się więcej na ten temat, by polskie władze ustosunkowały się do tego, co rozegrało się wiosną 1947 r. i później. 

Dlaczego wspominam to zdarzenie i naukę historii w kontekście książki z przepisami Kuchnia łemkowska z Ropek: Częstujcie się!? Przez lata nawet nie wspominano w oficjalnych mediach i publikacjach tego rejonu, który przecież był i jest częścią Polski. Dopiero niedawno tematy łemkowskie zaczęły pojawiać się w najróżniejszych książkach, które czytałam. Początkowo tu i tam wspomniano o Łemkach. Byli oni niejako większym lub mniejszym tłem do rozgrywającej się akcji, jak choćby w książkach Jędrzeja Pasierskiego Kłamczuch, Kły czy Roztopy. I to wystarczyło, bym zaczęła szukać więcej. I tak, dość przypadkowo, znalazłam niezwykłą serię książek Marii Strzeleckiej Beskid bez kitu, która przybliża te rejony w pięknie napisanych i zilustrowanych książkach. Druga część Beskid bez kitu. Zima opowiada między innymi o Wigilii łemkowskiej, a trzecia Hajda. Beskid bez kitu to właśnie opowieść o wysiedleniach Łemków. Beskid bez kitu to chyba najpiękniej napisane książki - zasadniczo adresowane do starszych dzieci, ale niejeden dorosły wiele się z nich nauczy. 

Print Friendly and PDF

March 11, 2025

#44 Kulinarnie po Seattle i okolicy: Japonesa w Bellevue

Nie jestem wielbicielką sushi, więc od razu można by zapytać, co robię w restauracji specjalizującej się w sushi. Po pierwsze, sushi lubi moja rodzina, a po drugie, Japonessa Suchi Cocina oferuje nie tylko sushi, ale i inne dania, wśród których zawsze jestem w stanie znaleźć coś dla siebie. Stąd też bywamy tu relatywnie często, bo każdemu coś podpasuje. 
Japonessa jest miejscem cieszącym się dużą popularnością - zarówno w Bellevue, jak i Seattle dobrze mieć rezerwację, zwłaszcza w weekendy. 
Japonessa offeruje dość bogate menu najróżniejszych rodzajów sushi i sashimi, a także kilkanaście dań typowych dla kuchni azjatyckiej, nie będących sushi. Ma też dość dobrą ofertę alkoholi, w tym drinków, jeśli ktoś ma na nie ochotę, a także napojów bezalkoholowych.  
Z opisu Japonessy dowiadujemy się, iż menu stanowi fuzję smaków japońskich z latynoskimi. Wiele sosów opartych jest na dodatkach takich jak kolendra czy ostre papryczki jalapeño czy habanero. Często pojawia się dodatek sosu aioli. Jest to ciekawa kombinacja smakowa, napewno ciekawie uzupełniająca smak ryb i owoców morza, które oczywiście dominują. Bardzo japońskie są z kolei nie tylko smaki, ale super estetyczny i artystyczny sposób podania. Oprócz ozdobnych kwiatów, warzywa często są tak pokrojone i ułożone że stanowią piękne tło dla reszty dania. Natychmiast nasuwają skojarzenie ze słowem kawaii, czyli cute lub fajniutkie, śliczne czy urocze, tak dobrze objaśnionym przez Joannę Bator w jej książce "Japoński wachlarz" czy też opowieściami o japońskich mamach, które szykowały dzieciom do szkoły tak ślicznie ułożone w pudełkach lunche, że zasługiwały codziennie na obfotografowanie.

Print Friendly and PDF

February 07, 2025

#17 Podróże kulinarne - polskie smaki, czyli gdzie można dobrze zjeść: Kraków (część 9)

Od dawna jeździłam do Krakowa. Pierwszą samodzielną podróż zaliczyłam mając 14 lat i trafiłam pod opiekę cioci Zosi. Ciocia była niezamężną, starszą panią z zasadami. Nie umiała gotować, więc żywiłyśmy się na mieście, najczęściej w stołówce w szkole, w której kiedyś ciocia pracowała lub restauracji Warszawianka.  Dopiero przy następnej wizycie, latem obiady jadałyśmy w domu. Po pierwsze ja już więcej umiałam zaoferować kulinarnie, a po drugie mając masę sezonowych warzyw i owoców łatwiej było przygotować jakiś lekki obiad na letnie upalne dni. Dzięki cioci Zosi poznałam wiele miejsc w Krakowie i polubiłam to miasto. To ciocia zabrała mnie do Jamy Michalikowej, i to z ciocią bywałam na kremówce u Noworolskiego. Z ciocią Zosią włóczyłam się po Krakowie - uliczkach, rynku, muzeach. Ciocia - jak na nauczycielkę przystało - chciała jak najwięcej mi pokazać, mimo iż trudno się jej już chodziło z racji wieku. Ciocia, pewnie z racji swojego zawodu, miała też dość dobry kontakt z młodzieżą więc szybko znalazłyśmy wspólny język, mimo różnicy wieku. W swoim kredensie, gdzie tłoczyły się śliczne filiżanki porcelanowe, w których ciocia podawała herbatę, od drugiego mojego pobytu stała i szklanka - dla Haneczki, bo ona woli szklanki. Tak mnie bowiem zawsze nazywała. Obie z ciocią Zosią lubiłyśmy czytać, więc któryś mój pobyt u niej stał się okazją nie tylko do wspólnych spacerów po Krakowie, ale i czytania tych samych książek, a potem rozmawiania o nich. Od tamtych dni minęło sporo czasu i niestety nie ma już, albo mi się tak wydaje, miejsc, które odwiedzałam z ciocią Zosią, jak choćby cukiernia z najlepszymi na świecie makaronikami. A może ja nie umiem jej znaleźć?
Print Friendly and PDF

December 20, 2024

#43 Kulinarnie po Seattle i okolicy - Christmas Market / Jarmark Świąteczny w Seattle

Na świątecznych jarmarkach byłam w kilku miastach Europy - w Warszawie, Krakowie, Paryżu, Brukseli i Berlinie. Obiektywnie rzecz biorąc, ten w Berlinie był najładniejszy i najbardziej pozostał mi w pamięci. Był gigantyczny, a dodatkowo towarzyszyły mu stragany świąteczne rozproszone po sporej części miasta. Na straganach można było kupić masy przydasiów i ozdóbek, jedzenia, słodyczy, grzańca w pamiątkowym kubku lub po prostu w kubku czy eggnog, i wiele, wiele innych rzeczy. W Stanach, tradycja jarmarków świątecznych zdawała się nie istnieć. Pierwsza nieśmiała próba pojawiła się około 2016 r. kiedy to w Westlake stanęło kilka straganów. Tam kupiłam grzańca hibiskusowego, który był przepyszny i na stałe wszedł do repertuaru napojów. Print Friendly and PDF

October 31, 2024

#42 Kulinarnie po Seattle i okolicy: Mochinuts

Nie jestem ich wielką wielbicielką, choć przyznaję, że czasem nachodzi mnie wielka ochota zjeść donuta. Wtedy jem takiego najprostszego albo tzw. donut holes. Ale ponieważ lubię próbować nowych smaków, skusiłam się na japońskie donuty - mochi donut, zwane też poi mochi, które od pewnego czasu robią furorę. W Stanach pojawiły się około roku 2003, kiedy to pod wpływem ich popularności w Japonii, na rynek wprowadziła je sieć Mister Donut, operująca głównie w Azji. Najpierw sprzedawano je na Hawajach, a potem już i w innych miejscach USA i przez inne sieci cukiernicze. 

Print Friendly and PDF

October 12, 2024

#16 Podróże kulinarne - polskie smaki, czyli gdzie można dobrze zjeść: Soki (część 8)

Zawsze gdy przyjeżdżam do Polski, zachwycam się półkami jogurtów, maślanek i kefirów. Doszło do tego, że zaczęłam sobie robić notatki, które mi najbardziej smakują, bo przy tak bogatej ofercie, można się pogubić. Ale z kolei jeśli chodzi o soki owocowe, to niestety nie ma ich zbyt wielu. Większość soków przypomina bardziej napoje na bazie soku niż prawdziwe soki. Na sklepowych półkach można zobaczyć mnóstwo soków w najróżniejszych smakach. No właśnie! Na półkach. Większość soków jest tak właśnie sprzedawana - w kartonach czy butelkach stojących na półkach. W środku jest gorszy lub lepszy płyn sokopodobny. Masa soków ma jakieś niezidentyfikowane farfocle na dnie pudełka, a przede wszystkim mnóstwo cukru. Soki te mają niestety mało wspólnego z sokami, do których jestem przyzwyczajona, nawet jeśli piję ich mało.
 
Print Friendly and PDF

September 16, 2024

#15 Podróże kulinarne - polskie smaki, czyli gdzie można dobrze zjeść: Na słodko (część 7)

Tym razem nieco inaczej, choć nadal pozostając w sferze kulinarnych podróży i recenzji odwiedzanych miejsc. Zazwyczaj będąc w Polsce chodzimy do restauracji, ale czasem zdarza nam się odwiedzić i cukiernie. W końcu po dobrych obiadach czy kolacjach należą się i dobre desery! Część moich odwiedzin wynikała z poleceń przez innych, a część z ciekawości, gdy dowiedziałam się o jakimś miejscu i chciałam je poznać. Zarówno ranking jagodzianek, z którym wiązało się odwiedzenie wielu cukierni, jak i odwiedziny w cukierniach znajdujących się z tych czy innych względów na mojej liście był prawdziwie fascynującą podróżą kulinarną, zwłaszcza, że przy okazji poznałam historię tych miejsc, niekoniecznie oczywistą. Dzielę się więc moimi refleksjami.
Print Friendly and PDF

September 04, 2024

#14 Podróże kulinarne - polskie smaki, czyli gdzie można dobrze zjeść po wegańsku (część 6)

W czasie pobytów w Warszawie, próbujemy jedzenia z różnych kuchni. Najbardziej odpowiadają mi wycieczki kulinarne do miejsc, które różnią się od tego, co można zjeść w Stanach. Chcę w pełni korzystać z tego, czego nie mam na co dzień. I choć będąc w domu możemy sobie odwiedzić różne wegańskie restauracje, to jednak trzeba przyznać, że różnią się one zdecydowanie od tego, co można zjeść w wegańskich restauracjach w Polsce. No i liczba  restauracji wegetariańskich, która jest prawdziwie imponująca. Kiedy kilka lat temu zobaczyłam artykuł plasujący Warszawę na liście wegańskich stolic świata, nie mogłam uwierzyć, że to możliwe. A jednak! Najwyraźniej nie doceniłam Warszawy, bo jest ich taki ogrom, że miałam problemy z wyborem. Dlatego z chęcią odwiedziłam kilka takich właśnie restauracji. 

Odwiedzanie wegańskich restauracji w Warszawie to żadna nowość dla nas, gdyż już wcześniej bywaliśmy w różnych miejscach mających mniej lub bardziej taki właśnie charakter. Świetnie wspominamy jedzenie w restauracji Tel Aviv, którą odwiedziliśmy kilka lat temu, co opisałam we wpisie o podróżach kulinarnych po Polsce (część 4). Testując jagodzianki miałam też okazję odkryć dwie cukiernie specjalizujące się w wypiekach wegańskich. Pierwsza to  cukiernia Eter całkowicie wegańska, serwująca wegańskie wypieki i kawy z dodatkiem roślinnych mlek i śmietanek. Druga to cukiernio-piekarnia Dej, oferująca wypieki tradycyjne i wegańskie. Cukiernie opisałam w moim rankingu jagodzianek. Dlatego też nie uwzględnię ich w tym wpisie, a chętnych do poznania mojej opinii zapraszam do odwiedzenia poprzednich wpisów. 😊

Print Friendly and PDF

August 19, 2024

#13 Podróże kulinarne - Portland

Chociaż może brzmi to dziwnie, Portland jest na tyle blisko, że ciężko do niego dojechać i spędzić tu dłuższy czas zwiedzając. No ale taka właśnie jest prawda. Niezliczone razy przejeżdżaliśmy przez Portland w drodze dokądś lub skądś.  Byłam też wPortland kilka razy - czy to na festiwalu tamtejszej Polonii, czy to na konferencjach, ale nigdy nie miałam okazji dobrze go zwiedzić, poza odwiedzeniem kilku miejsc. Było to jednak albo bardzo dawno temu, albo dość pośpiesznie i dlatego w końcu wybraliśmy się tutaj właśnie na zwiedzanie. I był to bardzo przyjemny weekend. Udało nam się zwiedzić wszystkie zaplanowane miejsca i kilka interesujących restauracji. 


Print Friendly and PDF

July 10, 2024

Na lody!

Ten napis znajduje się w jednej z moich ulubionych lodziarni. I na pewno jest w nim dużo prawdy! Od dziecka uwielbiam lody. W zamierzchłych czasach mojego dzieciństwa, była to przyjemność sezonowa - latem chodziło się na lody do cukierni, a czasem do Zielonej Budki. Pamiętam to podekscytowanie i radość, gdy z wiekiem dostępowałam przywileju dostawania 3, a potem nawet 4 kulek. I to zastanowienie - które smaki wybrać.... spośród tych 3 dostępnych. 😉 czasy się zmieniały, dochodziły nowe smaki, a czasem i atrakcje w postaci masowych zatruć salmonellą. Ale nigdy nie zapomnę gdy będą pierwszy raz w USA zostałam zabrana do lodziarni. Nawet nie pamiętam jakiej, ale pamiętam, że było 48 smaków lodów! I jak tu wybrać? W końcu jakimś cudem zdecydowałam się na dwa - kulki, jak na Amerykę przystało były potężne, więc mało kto brał więcej. A po chwili rozczarowanie - w lodach wyczułam wyplutą gumę do żucia! A potem kolejną, i kolejną. W końcu nie wytrzymałam i podzieliłam się spostrzeżeniem z tubylcami, a bardziej zapytałam co to jest. No i  dowiedziałam się, że to nie guma a mini-marshmallows. Uff!  Print Friendly and PDF

June 29, 2024

#12 Podróże kulinarne - Oh Canada!

Przyznam, że mam ogromną słabość i sentyment do Kanady. Wiele osób uważa ją za bardziej europejski kraj niż USA. I na pewno jest w tym trochę racji. Widać tu więcej wpływów francuskich  na kuchni. W Quebecu odnosi się wrażenie, że się jest we Francji, gdy francuski zdecydowanie jest tu pierwszym językiem. Nie ma jednak problemów z dogadaniem się, gdyż Kanadyjczycy momentalnie przechodzą na język angielski, gdy tylko dostrzegą choćby cień zakłopotania na twarzy rozmówcy. Każdy wyjazd tutaj kojarzy mi się ze wspaniale spędzonym czasem. A byliśmy w wielu miejscach i każdy wyjazd wykorzystaliśmy nie tylko na zwiedzanie, ale i na to, by nacieszyć się Kanadą od strony kulinarnej. A jest czym, bo trafialiśmy w ciekawe miejsca - czy to na Zachodnim Wybrzeżu w Vancouver i Victorii, nieco bardziej w środku, w prowincji Alberta gdzie odwiedziliśmy Jasper, Banff, Calgary i Edmonton, czy to na Wschodnim Wybrzeżu - na Wyspie Świętego Edwarda, Montrealu, Quebec City i Toronto. W tym wpisie, skupię się na wschodnim wybrzeżu Kanady. Kiedyś powrócę do opisania innych miejsc. 


Print Friendly and PDF