March 15, 2026

#20 Podróże kulinarne - Spacer po Barcelonie śladami Carlosa Ruiz Zafona

Pamiętam jak bardzo chciałam pojechać do Hiszpanii po przeczytaniu "Most nad rwącą rzeką" Stanisławy Fleszarowej-Muskat. Był okres, że uwielbiałam tę książkę; miała w sobie to coś. Może to, że działa się współcześnie dzięki czemu mogłam się do niej odnieść, a nie traktować jako czystą abstrakcję. Ale przez wiele lat nie dane mi było zwiedzić Hiszpanię. Nigdy nie była po drodze do Polski.  Po latach na rynku księgarskim pojawił się Carlos Ruiz Zafón i jego książki z cyklu Cmentarza zapomnianych książek. Ta seria momentalnie wciągnęła mnie. Kiedy przeczytałam "Cień wiatru" i "Gra Anioła" chęć odwiedzenia Hiszpanii zawitała ponownie i to ze zwielokrotnioną mocą. Chciałam pojechać do Barcelony i przejść się śladami bohaterów i skosztować jedzenia, które jadła Alicja Gris. 


Książki Ruiz Zafóna wciągnęły mnie od pierwszej strony Cienia wiatru. W niej akurat jedzenie nie jest tak wyeksponowane. No może z wyjątkiem sugusów, tak namiętnie jedzonych, by nie powiedzieć ciumkanych przez Fermina. W Cieniu wiatru, jedną z barwniejszych postaci jest Fermin Romero de Torres - w mojej wyobraźni, przypominający naszego Pana Kierownika od remontu domu. Przynajmniej fizycznie. Zafon opisał go jako szczupłego, z bujną czupryną - dawniej czarną, teraz z lekka siwą. Tak jak Pan Kierownik. Fermin zawsze miał w kieszeni sugusy. Do tego stopnia stanowią one nierozerwalny element Fermina, że w pewnym momencie zachciewa się też wziąć do buzi sugusa... by się przekonać, że nie ma w nich nic specjalnego. Ot, owocowe cukierki, irysopodobne, dokładnie takie jak na pierwszym zdjęciu. 

Ale czytając Cień wiatru  przede wszystkim pojawia się chęć zawitania w Barcelonie. Opisy miejsc działają na wyobraźnię: Las Ramblas i okolice, Plaça de Catalunya, El Gotic czy masa urokliwych uliczek, z Carrer de Santa Anna na czele oraz inne zakątki Barcelony tak pięknie i plastycznie opisane. Nawet spacer na Cmentarz zapomnianych książek o świcie napawają chęcią odwiedzenia Barcelony przy pierwszej nadarzającej się okazji. Zajrzeć na cichą uliczkę Calle Santa Ana (Carrer de Santa Anna) w sercu miasta, na której pod numerem 27  znajduje się księgarnia Sempere i Synowie



To tu mieściła się księgarnia Sempere i Synowie

Wzgórze Tibidabo i dom w którym mieszkała Penélope Aldaya


Następne dwie książki próbowałam czytać, ale nie udało mi się przez nie przebrnąć, bo dobiła mnie ich ciężka tematyka. Pewnie do nich kiedyś wrócę, ale póki co odpuściłam je sobie, by wrócić do Ruiz Zafóna, gdy tylko wydał on 
Labirynt duchów, który momentalnie mnie pochłonął tak jak pierwsza część. Audiobook słuchany w samochodzie w czasie dojazdów do pracy sprawił, że żaden korek nie był wystarczająco długi. Niejako cichcem, przed P., z którym słuchaliśmy audiobooka, podczytywałam w domu kolejne rozdziały, bo nie mogłam się doczekać następnego poranka, gdy znowu znajdziemy się w drodze do pracy i dowiemy się co działo się dalej. Alicja Gris, sierota, uratowana jako mała dziewczynka przez Fermina, policjantka, by nie powiedzieć agentka tajnej służby policyjnej, choć mieszka w Madrycie, doskonale zna Barcelonę. Tu bowiem spędziła swoje dzieciństwo i młodość; tu się wychowała, a po śmierci rodziców, była jednym z dziesiątek dzieci ulicy. Zna Barcelonę jak własną kieszeń i zna miejsca, gdzie można dobrze zjeść. Ale o tym za chwilę.  Czytając Labirynt duchów nabiera się też ochoty powędrować krętymi, wąskimi uliczkami,  po których chadzali bohaterowie książek Carlosa Ruiz Zafona - i Daniel, i Alicja, i Fermin.

 
I oczywiście rejony El Gòtic (Barri Gòtic), niedaleko księgarni. 


 

Podobnie jak wiele miast turystycznych w Europie, Barcelona w sierpniu jest koszmarnie zatłoczona. Wszak to miesiąc urlopów w Europie Zachodniej i nikt przy zdrowych zmysłach nie jedzie wtedy do Barcelony. Chyba, że nie ma innego wyjścia, a tak było w naszym przypadku. Żadna z wycieczek śladami bohaterów książek Carlosa Ruiz Zafona nie była osiągalna - wszystkie miały pełny komplet na długo przed naszym przyjazdem. Są co prawda mapy, zrobione przez miłośników książek,  jak choćby ta, ale nie korzystaliśmy z nich. 

Mapa Molly R - Pintrest

Po prostu sami sobie zrobiliśmy taką wycieczkę, wypisując miejsca, które chcielibyśmy zobaczyć. A przy okazji całkiem nieźle poznaliśmy Barcelonę. W tym i od tej najgorszej strony, kiedy nagle się okazało, że po mistrzowsku, rzec by można, ukradziono nam jeden z portfeli. Niestety ten najpełniejszy. Na długi czas zniszczyło to moje wrażenia z Barcelony. W końcu jednak postanowiłam skoncentrować się na tym, co najlepsze i wrócić do wspomnień kulinarno-literackich. Nieco przypadkowo, czy też niespodziewania wróciłam na momencik i do Barcelony - tym razem w kwietniu, co pozwoliło uniknąć aż takich tłumów jakie były w czasie wakacji. 


Las Ramblas


Plaza Real


Catderal de Barcelona (Catedral de la Santa Creu i Santa Eulàlia)

La Rambla, dzielnicę El Gòtic czy uliczkę Calle Santa Ana (Carrer de Santa Anna), na której pod numerem 27 znajdowała się księgarnia Sempere i Syn, ulicę Tibidabo (Avinguda del Tibidabo), wzgórze Montjuic czy inne zakątki zwiedziliśmy sami. Niemal każdego dnia, w czasie obu pobytów przechodziłam co najmniej jeden raz przez Plaça de Catalunya (również wymienianego przez Zafona).  Nawet nie wiem czemu, nieco inaczej go sobie wyobrażałam - może wspomniane filary sprawiły, że jawił mi się na podobieństwo warszawskiego Placu Konstytucji.


Plaça de Catalunya

Zwiedzając Barcelonę, oczywiście nie mogliśmy pominąć najbardziej znanych miejsc - La Sagrada Familia 




 

i Parku Güell, a w nim zaprojektowanego przez Gaudiego wielopoziomowego ogrodu. Akurat te miejsca zwiedzaliśmy z przewodnikami i tak warto zrobić, bo każdy bardzo ciekawie opowiadał i wiele wniósł do naszego poznawania Barcelony. 




Domy Gaudiego, które znajdowały się w sumie dość niedaleko nas, odwiedziliśmy sami, tyle że nie udało się nam wejść do środka. Został nam więc powód by tu wrócić. 


Casa Batlló znajduje się  Passeig de Gràcia 43

La Pedrera (1905) znany też jako Casa Mila, znajduje się na Passeig de Gràcia 92, na skrzyżowaniu z  Carrer Provenca

Nasz hotel w czasie pierwszego pobytu w Barcelonie wybraliśmy celowo na Calle Santa Ana (Carrer de Santa Anna) - niemal na przeciwko księgarni Sempere i Synowie. Oczywiście księgarni fikcyjnej, bo w tym miejscu jest zupełnie inny sklep. Ale do tego jeszcze wrócę. Dało nam to możliwość podążać śladami bohaterów książek i zobaczyć Barcelonę ich oczami. I poczuć się jak Daniel Sempere, Fermin, Bea i wiele innych postaci, które przychodziły na Calle Santa Ana czy wręcz tu mieszkały.

Kulinarną podróż po Barcelonie zaczęliśmy od wizyty w legendarnej restauracji 4 koty, czyli Els Quatre Gats. Jak mówi Daniel, główny bohater Cienia wiatru, "Els Quatre Gats znajdowała się  o rzut kamieniem od domu i było to jedno z moich najbardziej ulubionych miejsce w Barcelonie". Kawiarnia pojawia się w książce, mimo iż w czasach, gdy rozgrywa się jej akcja, Els Quatre Gats była zamknięte; rzec by można nie istniała, choć na pewno pamiętali je starzy mieszkańcy Barcelony. Els Quatre Gats to swoista Jama Michalikowa czy kawiarnia Ziemiańska Barcelony, gdzie zbierali się artyści. Otwarta w 1897 roku, jako bar, kabaret i hostel, po okresie świetności i goszczenia osób tak znanych jak Pablo Picasso, została zamknięta w 1903 r. To właśnie tu bardzo młody Picasso miał swój pierwszy pokaz prac. Tu bywał też Casas, który namalował słynny obraz Ramon Casas i Pere Romeu na tandemie, który do dzisiaj można podziwiać w Els Quatre Gats. Dopiero po śmierci Franco, w 1978 roku restauracja została ponownie otworzona, a w 1989 roku odnowiona, dzięki czemu przywrócono jej oryginalny wygląd. Els Quatre Gats trzeba koniecznie odwiedzić. Bardzo mi się podobał jej wystrój. Co ciekawe, wcale nie była jakoś oblegana przez gości, czego zupełnie się nie spodziewałam w tej niemiłosiernie zatłoczonej Barcelonie. 



 

 


 




Co jedliśmy? Oczywiście tapas. Najróżniejsze. Przede wszystkim zaś te znane nam z opisów Ruiz Zafóna. Zaczęliśmy od pan con tomate, które najbardziej kojarzą mi się z Alicją. To właśnie ona w odpowiedzi na stwierdzenie swoje partnera, policjanta Vargasa "zawsze się zastanawiałem, dlaczego wcieracie pomidory w chleb", odpowiedziała "a ja czemu nikt inny na świecie tego nie robi". Tego nie dało się pominąć - trzeba było spróbować tego specjału barcelońskiego, nawet jeśli potem mielibyśmy się zgodzić z Vargasem. Co zresztą uczyniliśmy. 😉 

 

Oprócz pan con tomate, podanego na pieczywie coca, jedliśmy całą masę tapas - krokiety z szynką, patatas bravas, mini hamburgery, mini pulpeciki mięsne,  i wiele innych. Były bardzo zgrabne i wyglądały ślicznie. Do picia była zimna Sangria, którą w czasie pobytu w Hiszpanii, mieliśmy wielokrotnie okazję się zachwycać. 




Kiedy po latach wróciłam do Barcelony, że  odniosłam wrażenie, że Els Quatre Gats zmniejszyło się nieco - duża sala, w której poprzednio jedliśmy była zamknięta, a i menu było uboższe. Mam nadzieję, że nie jest to zapowiedź rychłego zamknięcia i że wynikało to tylko z tego, iż byłyśmy tu poza sezonem i w godzinach przedobiadowych, kiedy jest mniej gości i serwowane jest tylko menu barowe. Jedzenie było niezłe, a sangria świetna. 😉 Tym razem patatas bravas były nieco inaczej podane, ale nadal pyszne. Do tego wzięłyśmy nieco inną wersję krokietów, tym razem z wołowiną, smażonego dorsza i kanapki, a z jagnięciną i zapieczonym serem, podane w małych bułeczkach, nazywanych brioix (brioche). 

 



Tapas stały się główną częścią naszej diety w czasie całej podróży do Hiszpanii. W towarzystwie gazpacho, które w gorące dni było zbawienne i ogromnie mi smakowało, spokojnie zaspokajały nasz głód. Raptem raz czy dwa razy skusiliśmy się na coś większego i to bardziej, by spróbować innych wyrobów kuchni hiszpańskiej czy katalońskiej. Po przejechaniu do Madrytu dostałam kolejną lekcję kulinarną - gazpacho, tak często uważane za hiszpańską zupę przynależy do rejonu Barcelony, czyli Katalonii, a w Madrycie w ogóle nie jest serwowane. Tutaj można dostać siostrzane salmorejo - też bardzo smaczne, ale jednak nieco inne. Wracajmy jednak do Barcelony Carlosa Ruiz Zafóna. 




Tapa lub w liczbie mnogiej tapas to niewielka przekąska, będąca symbolem hiszpańskiego stylu życia. W barach często spotykamy trzy wielkości dań, a co za tym idzie i trzy ceny: tapa (najmniejsza i najtańsza porcja), media ración (pół porcji) i ración (pełna porcja). Trzeba jednak pamiętać, że niektóre potrawy występują tylko w jednej z tych wersji.


Pochodzenie tapas nie jest do końca jasne. Jedna z legend sięga XIII wieku i króla Alfonsa X, który miał problemy trawienne. Po różnych nieudanych próbach leczenia dolegliwości, zalecono mu jeść małe porcje z winem przez cały dzień. Kuracja pomogła, więc uradowany ozdrowieniem władca nakazał serwowanie wina z przekąską – tapa, często kładzioną na kielichu, by chronić napój przed kurzem i owadami.


Inna historia dotyczy Alfonsa XIII, który w jednej z tawern zamówił wino. Karczmarz przykrył kieliszek plastrem jamón ibérico, by nie wpadł do niego piasek niesiony wiatrem. Od tego momentu "tapa" – czyli „pokrywka” – stała się nieodłącznym dodatkiem do kieliszka wina. A jak jest teraz, łatwo zobaczyć nawet przy najkrótszym pobycie w Hiszpanii. I kolejna dygresja - pinchos to północnohiszpańska wersja tapas, popularna w Kraju Basków, Nawarze i regionie Rioja. Najczęściej mają formę małych kanapek z bagietki, serwowanych na ciepło lub zimno – w zależności od pomysłu kucharza. A ci z Kraju Basków uchodzą za kulinarną elitę Hiszpanii, więc degustacja pinchos to prawdziwa uczta.

Nazwa pochodzi od czasownika pinchar – „przekłuwać”, bo przekąski zwykle przebite są wykałaczką. Służy ona nie tylko do trzymania składników – w niektórych barach jej długość lub kształt wskazuje cenę. I dlatego właśnie wykałaczki pokazuje się przy kasie, by zapłacić za zamówienie. 


Dyskusja o pinchos i tapas i tym co je odróżnia, to narodowa debata Hiszpanów, której koniec jest równie bliski jak w debacie o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. Tak czy siak, 
pan con tomate wpisuje się w krajobraz tapas, podobnie jak i inne dania, które jedliśmy. W upalnej Hiszpanii taki właśnie styl jedzenia bardzo mi pasował. I za każdym razem, gdy byliśmy w restauracji w Barcelonie czy Madrycie, bawiło mnie wspomnienie rozczarowania jedną z pierwszych wizyt w hiszpańskiej restauracji w USA, wynikającego z nieznajomości tych właśnie niuansów kultury kulinarnej. 


Również dzięki Alicji Gris, poznajemy kolejne miejsce i kolejny przysmak Barcelony. Aby go spróbować udaliśmy się - tak jak ona i kapitan Vargas - do Barcelonety, nadmorskiej dzielnicy Barcelony przy plaży Sant Sebastià (Platja de Sant Sebastià). Tu znajduje się La Bombeta. "Zatrzymali się przed wejściem do lokalu, który wydawał się skrzyżowanie portowej tawerny i przydrożnego baru: na pewno nie wygrałby żadnego konkursu piękności, ale dochodzące ze środka zapachy obudziłyby apetyt największego niejadka. Nad drzwiami wisiał szyld: LA BOMBETA.

Grupka stałych bywalców rżnących zawzięcie w karty uniosła głowy, żeby zlustrować ich spojrzeniami. Kelner o szorstkich manierach skinął na nich zza kontuaru i wskazał stojący w rogu stolik, z daleka od zamieszania panującego w środkowej części sali.

Nie wiem czy współczesna La Bombeta, znajdująca się przy Carrer de la Maquinista 3, ma cokolwiek wspólnego z tą opisaną przez Ruiz Zafóna że i nie było tam karcianych graczy, ale powitano nas podobnie - dość szorstko. Kiedy przyszedł kelner zamówiliśmy bomby, tortillę hiszpańską, ośmiornice i szprotki smażone w całości. Te ostatnie niespecjalnie przypadły nam do gustu, ale reszta była bardzo smaczna. Oczywiście popijaliśmy sangrią i podziwialiśmy specyficzną atmosferę tego lokalu, idealnie wpisującą się w oryginalny urok Barcelonety. 

Kultowa bomba to prawdziwa kulinarna perełka w La Bombeta. Bomby to smażone w głęboki tłuszczu ziemniaczane kulki wypełnione mięsem, polane pikantnymi sosami brava i aioli. Bomby cieszą się tak dużą popularnością, że w pogodne dni restauracja może serwować ich ponad 1000.

Historia bomb sięga czasów wojny domowej w Hiszpanii i wzięła swoją nazwę od ulubionej broni anarchistów. W tym okresie Barcelona zyskała przydomek „róży ognia” ze względu na częste ataki anarchistów z użyciem małych bomb. Maria Pla, właścicielka restauracji La Cova Fumada, stworzyła tapę, która przypominała anarchistyczne bomby. Uformowała z krokietów ziemniaczano-mięsnych okrągłe kulki, a następnie polała je pikantnym, czerwonym sosem, aby symbolizować rozlew krwi w tym regionie.

La Bombeta oferuje więcej niż tylko słynne bomby. Można tu znaleźć wiele tradycyjnych katalońskich tapas, w tym grillowane krewetki, smażone kalmary, patatas bravas, krokiety, grillowane kalmary i smażoną ośmiornicę. Atmosfera restauracji jest typowo barcelońska – głośna, chaotyczna i pełna energii. Zwykle jest tam pełno ludzi, a kolejki nierzadko sięgają aż do drzwi, a nawet na zewnątrz. Oprócz bomby, można tu zjeść i klasyczny omlet hiszpański z kartofli (tortilla de patatas)


I sardynki, i ośmiorniczki. 

 

No i oczywiście napić się zimnej sangrii.  


Wybór jest oczywiście znacznie większy, bo cała lodówka przy kontuarze to wszelkiego rodzaju sałatki czy przystawki, które podawane są właśnie jako tapas. Trzeba by kilku wizyt w La Bombetta by móc spróbować tego wszystkiego. 

To co wzbudza powszechny zachwyt to wielkie napisy za kontuarem "Nie mówimy po angielsku, ale robimy niesamowite bomby" i "Nie mamy wifi, rozmawiajmy ze sobą". Z angielskim nie do końca jest prawda, bo z kelnerem dogadaliśmy się po angielsku. Co prawda tylko jeden był chętny do rozmowy w tym języku, ale to wystarczyło. Co do wifi, nawet nie sprawdzaliśmy, tylko zastosowaliśmy się do wskazówki. 😉



Na koniec mała (kolejna) dygresja od książek, choć związana z uliczką Calle Santa Ana (Carrer de Santa Anna). Dokładnie na wprost hotelu, w którym zamieszkaliśmy, a obok księgarni Sempere i Synowie, pod numerem 25 znajduje się kafejka Enrique Tomàs Jamoneria z nieprawdopodobnym wyborem szynek, kiełbas i kiełbasek oraz serów. Można też zjeść na miejscu - kanapkę z szynkami lub kiełbasami, serami, a także i inne specjały, jak choćby coca con tomate i tapas, niekoniecznie mięsne. Czynna jest przez 13-14 godzin dziennie każdego dnia, co oznacza, że można sobie zafundować taką kanapkę na śniadanie, lunch, podwieczorek czy kolację. Można tu też kupić wielkie szynki, tak typowe dla Hiszpanii, ale też i szynkę w plasterkach, w tym i taką zapakowaną szczelnie na podróż. Swoją drogą ciekawe czy pieski na lotnisku wywęszyłyby ją. Póki co nie ryzykowałam. A pytanie o szynkę padło na granicy, kiedy wracałam po ostatniej podróży do Europy, gdy zdradziłam, że byłam w Barcelonie. 😉 

















To zresztą nie jest jedyne miejsce, gdzie można do woli najeść się szynki iberyjskiej. Jest ona sprzedawana w wielu sklepach, dużych i małych. A każdy z nich wprawia w osłupienie i bogactwem wyboru, i cenami niektórych z nich. 


Carlos Ruiz Zafón zmarł w 2020 roku. Nie powstaną kolejne książki, dzięki którym poznałam nie tylko ciekawą literaturę, ale i Barcelonę z jej specyficzną kuchnią. Ogromna szkoda, bo nie wiedząc, że ciężko choruje, czekałam na kolejną niespodziankę literacką. Po latach ponownie sięgnęłam po jego książki, w tym te pierwsze pisane z myślą o młodzieży, którymi zadebiutował. Kiedy zaś przeglądałam fotografie z wycieczki do Hiszpanii, uznałam, że muszę tam "powrócić" szykując ten wpis.













Print Friendly and PDF

1 comment:

  1. Uwielbiam Carlosa Ruiz Zafona! Dziękuję za ten wpis, bo nigdy nie wpadło mi do głowy, by przejść się po Barcelonie śladami jego bohaterów! I jeszcze popróbować tego, co oni jedli!

    ReplyDelete