March 30, 2026

Blok czekoladowy rodem z PRLu

Ja akurat nie jadałam tego "przysmaku", bo naszej mamie się nie chciało go robić. Ale moje koleżanki już go jadały i czasem przynosiły do szkoły się podzielić nim. Stąd też smak nie był mi obcy. Podobnie zresztą było z innymi "przysmakami" tej epoki - znałam je, ale nie z domu. Ostatnio zrobiłam go na lekcję historii by dzieciaki ucząc się o PRLu, spróbowały tego "smakołyku". 

W czasie pobytu w Warszawie, trafiłam do Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie w jednej z sal, w mini-grupce wspominaliśmy czasy, gdy w naszych łazienkach na pralce gościł powiększalnik, na stołeczkach stały kuwety z wywoływaczem i utrwalaczem, a w wannie pływały czarnobiałe fotografie, właśnie wywołane. Drzwi były owinięte kocami, a nad umywalką świeciła czerwona żarówka. To była pracownia fotograficzna, otwierana po tym, kiedy ostatni domownik umył się przed snem. No i w tych właśnie okolicznościach dowiedziałam się o Muzeum Życia w PRLu, które zaraz następnego dnia odwiedziłam. A cóż lepiej pasuje do takiego bloku czekoladowego, niż wspomnienia rodem z PRLu?

Maleńkie Muzeum Życia w PRL mieści się na Pięknej przy Placu Konstytucji. I choć powierzchniowo jest małe, to zgromadzono tu imponującą ilość rekwizytów. Dodatkowo jest to chyba jedyne takie muzeum gdzie słychać tyle wspomnień zwiedzających. Okrzyki i komentarze "ja to miałem!", "pamietam taką suszarkę", "u mnie też był taki ....", mniej lub bardziej stłumione, rozlegają się niemal w każdym kąciku. Bo też zgromadzono tu ogrom produktów, które my "dzieci PRLu" doskonale pamiętamy. I choć obecne młode pokolenie często uważa, że nasze dzieciństwo było strasznie smutne, to ja zupełnie się z tym nie zgadzam. Tak, było szarawe, czasem ponure, a my jako dzieci już od najmłodszych lat znaliśmy pojęcie kolejek, załatwiania, wystania itd., ale mieliśmy i masę fantastycznych chwil. Nie przestaliśmy dzieciństwa w kolejkach czy zamartwiając się jak żyć. Przede wszystkim mieliśmy podwórka i boiska szkolne, z których do późnych godzin słychać było jak fajnie się bawimy - robiąc fikołki na trzepakach, ganiając, biegając, bawiąc się w chowanego czy berka, jeżdżąc na łyżwach lub wrotkach. To właśnie jeżdżąc na łyżwach między blokami, na lodowisku wylanym przez ciecia Kazia, poznałam wiersz o wróbelku Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który recytowała nie kto inny tylko córka poetki, Danuty Wawiłow, Natalia Usenko, która sama też została poetką. Nie mieliśmy dżinsów i wielu rzeczy, ale umieliśmy się cieszyć z tego co mieliśmy, w tym małymi rzeczami. I nie czuliśmy, że jesteśmy biedni. Kolonie, na które w pewnym momencie wcale nie chciałam jeździć, bo miałam ich za dużo, teraz jednak doceniam. Nauczyły samodzielności i pozwoliły zwiedzić kawał Polski. Nie będę idealizować. Było też i niefajnie, ale nie nazwałabym naszego dzieciństwa smutnym. 

Owszem, przyszedł i okres dużych braków, grozy potencjalnej interwencji "bratnich krajów" czy okres stanu wojennego, ale nie myśleliśmy o tym w każdej sekundzie. Nawet i wtedy znaleźliśmy powody do radości, zadowolenia czy śmiechu. 

Blok czekoladowy

1.75 pałki /200 g masła
14 oz / 3 szklanki  / 400 g mleka w proszku 
4 łyżki kakao
1/2 szklanki cukru
1/2 szklanki mleka
Dodatki - herbatki, bakalie 

W garnku rozpuścić masło. Dodać cukier, mleko i kakao i dobrze razem wymieszać na jednolity płyn bez grudek. 

Kiedy już mamy jednolitą masę, małymi porcjami dodawać mleko w proszku, cały czas mieszając by się nie przypaliła i nie skluszczyła. 

Kiedy już uporamy się z wmieszaniem mleka w proszku, dodać bakalie i pokruszone herbatniki. Nie powinno ich być zbyt dużo - wszak to blok czekoladowy rodem z PRLu. Choć był to towar niemal luksusowy, to jednak nie było w nim dużo luksusów. Ja dodałam 6 herbatniczków typu Petite Beurre i nieco rodzynek. 

Z powstałej masy uformować blok o dowolnym kształcie i zawinąć w folię. Wstawić do lodówki i schłodzić. 

Kroić na średniej grubości plastry. Podawać koniecznie z gorzką herbatą i wspominać lub opowiadać potomkom jak to drzewiej bywało... 😉



No a teraz wchodzimy do muzeum. Bilety przypominają kartki z lat osiemdziesiątych. Świetny pomysł! 

 
 

A na końcu muzeum znajduje się kawiarenka, w której można napić się lub kupić na wynos oranżadę, kupić gumy do żucia Donald, oczywiście z historyjkami. 



Prezentację muzeum zacznijmy od spojrzenia na ulicę. Budki telefoniczne i saturatory - z tym kojarzy mi się ulica lat siedemdziesiątych. Rzecz jasna nie wolno mi było korzystać z saturatorów i pić gruźliczanki. Ale oczywiście najbardziej taki zakazany owoc strasznie korcił. W końcu napiłam się, prawie na oczach mamy, która właśnie wysiadła z autobusu. Ale udało sie!!!!



Wyjazdy to maluch. Jeśli się go miało. My nie mieliśmy. Mój wyjazd na skasy, do Szwecji, miał służyć zarobieniu na malucha, ale.... Pieniądze potrzebne były na coś innego i w sumie nigdy nie miałam malucha, ale wiele razy prowadziłam go - nie tylko na kursie prawa jazdy. Wtedy, w latach osiemdziesiątych, był to - moim zdaniem - idealny samochód. 



I bidon. Zawsze wzbudzał moje obrzydzenie! Niemal każde dziecko go miało i woziło w nim picie na kolonie czy obozy. Herbatę  (słabą, mocno słodką i zimną) lub kompot rabarbarowy. Nie wiem co gorzej smakowało. I jeszcze ten smaczek plastiku. I ten bidon nie do domycia. Do smaku kompotu z czasem się przekonałam, ale dopiero gdy sama go zaczęłam robić i ODCEDZAĆ, przez co nie było tych koszmarnych włókien rabarbaru, tak obrzydzających jego smak. 😉


Wchodzimy do mieszkania! Przedpokój, boazeria i wiszące palta. Jedne lepsze, inne gorsze. Ale to zawsze był pierwszy widok jaki nam się pokazywał po wejściu do każdego niemal mieszkania. 


I mieszkania. Pokoje - w zasadzie wielofunkcyjne, bo często ten największy był i salonem, i jadalnią, a nierzadko i sypialnią państwa domu. A jeśli nawet nie, to sypialnią gościnną. Stąd na wyposażeniu były i stoły, i ławy, i wersalki.  



Adapter, choć nie Bambino, towarzyszył mi od zawsze. Jako mała dziewczynka umiałam nastawiać płyty, bo przecież na nich były bajki. No i piosenki Mireille Mathieu, w tym słynny żenesek-panesek (Je ne sais pas, je ne sais plus). Jak ja w tym słyszałam żenesek-panesek - nie mam pojęcia. Wraz z krótką nauką francuskiego gdzieś się zatraciła ta umiejętność. 😉


Ale już na magnetofon trzeba było poczekać do lat osiemdziesiątych. Wkrótce zaczęły służyć nie tylko do nagrywania i odtwarzania piosenek, ale i do ładowania programów komputerowych na nasz pierwszy komputer - ZX Spectrum! 



No i oczywiście łazienka a w niej najpierw pralki wirnikowe - Frania (takiej nie mieliśmy) czy Światowid. A potem już automatyczne. I suszarka lub kaloryfer na którym suszyło się pranie. Pamiętam jak tata zainstalował taką ściąganą spod sufitu suszarkę - ależ to był wynalazek! 


No i nieodzowny łańcuch papieru toaletowego świadczący o tym, że się go gdzieś upolowało albo udało wymienić na niego makulaturę. My jakoś mieliśmy szczęście i nigdy nam tego skarbu nie zabrakło, a jeszcze i innym pomagaliśmy kupować. 



To było moje marzenie - własna suszarka, taka jak ta ciemnopomarańczowa, a nie ta bordowa, która może i była dobra, ale ciężka jak diabli. No a z czasem i lokówka, którą w końcu dostałam, podobnie jak suszarkę, od Mikołaja. Lokówki tak na dobrą sprawę nigdy nie nauczyłam się obsługiwać na tyle by być zadowoloną, więc pozostałam przy suszarce i trudnych, acz nie niemożliwych do dostania,  szczotek do modelowania włosów. Ach jaka ja byłam wtedy szczęśliwa, gdy Mikołaj sprezentował mi suszarkę i lokówkę!!!! Czułam się taka dorosła! I modna!!!!


Kuchnia, a w niej kredens. Mieliśmy bardzo podobny, kiedy mieszkaliśmy na Dąbrowskiego. Na kredensie nieco antyków, w tym "włocławki" - wtedy przejaw przaśności, a dzisiaj swoistego szyku. Makatka z kalendarzem na ścianie, a przy niej malutki stół, przy którym się jadało większość posiłków. 


Z kuchni niedaleko do sklepu. Nie mogło więc zabraknąć słynnego zdjęcia z pustymi półkami. 


A w samym muzeum i lady, i wagi, i odważników. 


I zakupy, nieodzownie niesione w takiej siateczkowej torbie. 





Do picia były herbaty, w tym słynna madras w czerwono-żółto-zielonym pudełeczku,  Yunan czy nawet popularna, a także cała masa ziołowych. Jakoś zawsze się udało mieć herbatę i choć babcia Irena patrząc jak pijemy plujki sypane, mawiała że zacznie zbierać fusy by je wysuszyć na gorsze czasy, te nigdy nie nastąpiły. A babcia chyba jednak poprzestała na mówieniu. 😉 No i kawy - od Inki i innych zbożowych, a skończywszy na takich prawdziwych. 



Luksusy - słodycze. Ale co ciekawe, nawet w tej szaroburej rzeczywistości, bardzo dbano o to by pudełka z czekoladkami, bombonierkami były efektowne. Stąd i piękne kwiaty, i obrazy z cyklu Tańce polskie spod pędzla Teresy Stryjeńskiej. 




Kolejnym wyzwaniem było zdobycie środków czystości. Siermiężnych i topornych, ale wtedy nam wystarczały. Wśród nich było szare mydło, ale i produkty z nutką zachodu - mydło For you, którego nazwę mało kto rozumiał czy  Zielone jabłuszko, grafiką lekko nawiązujące do słynnego jabłka komputerowego. Nie zabrakło też mydła rumiankowego czy Jacek i Agatka dla dzieci. 

Raz, dwa, trzy, cztery, 
maszerują oficery
A za nimi Pixie, Dixie
Wykąpanie w proszku Ixi



Proszki były również towarem deficytowym, ale jakoś znowu zawsze się udało.  je kupić. Co prawda krążyły o nich opowieści jak są szkodliwe, ale nie znam nikogo, komu by odpadły po nich kończyny. A i alergii jest teraz więcej niż było wtedy. Z czasem do typowych proszków czy płatków mydlanych dołączyły te, 



I na koniec słynny ocet. Nie mogło go zabraknąć, zwłaszcza, że pełnił ważną rolę w sklepach, wypełniając swoją szacowną obecnością puste półki sklepowe. 

I to by było na tyle, jeśli chodzi o podróż do przeszłości. Przy wyjściu/wejściu można jeszcze zerknąć na plakaty z czasów pierwszych prawie wolnych wyborów do sejmu w 1989 i fragment Dziennika Telewizyjnego, w którym Joanna Szczepkowska ogłosiła koniec komunizmu. 


Siermiężne były te czasy, ale nie tylko. Na swój sposób były też nienajgorsze, przez co wielu wspomina je z rozrzewnieniem. Daleka jestem do tego by je idealizować, ale zachęcam do zwiedzenia Muzeum Życia w PRLu. Młodszym gościom bardzo polecam wzięcie audioprzewodnika, który pozwoli im zrozumieć co z czym się wiązało. 

Muzeum Życia w PRL
ul. Piękna 28/34
Warszawa
tel. +48 515 114 469
Print Friendly and PDF

No comments:

Post a Comment