Przez wiele lat marzyłam by odwiedzić Holandię. Na podstawie tego co czytałam o niej kojarzyła mi się z fajnym krajem. Żeby było śmieszniej, latałam do Polski przez Amsterdam od czasu kiedy przeprowadziłam się w okolice Seattle, ale nigdy nie miałam okazji wyjść z lotniska. Skądinąd bardzo lubiłam je - piękne, jasne, przestronne. Kiedyś nawet miało masę atrakcji piłkarskich z racji rozgrywek Euro. Ale przez lata to było wszystko, jeśli chodzi o Holandię. Aż w końcu udało się i polecieliśmy do Holandii. Nawet nie po drodze ze Stanów, a po prostu celowo w czasie jednej z wizyt w Polsce.
Wyjazd był krótki, bo raptem na dwa dni, ale lepiej tyle niż nic. Przy pewnej dyscyplinie można było nieco zobaczyć, mimo iż w tym zadaniu przeszkadzały nam niemiłosierne tłumy turystów. Miałam wrażenie, że wszyscy akurat postanowili zwiedzić Amsterdam. Zbawienne okazały się rezerwacje skip the line, bo dzięki temu nie traciliśmy czasu na niewyobrażalne kolejki jakie były dosłownie wszędzie. Ale już w środku, różnie bywało. Największe tłumy były w Rijksmuseum, gdzie doprowadziły mnie one do dość szybkiej rezygnacji z dalszego zwiedzania, bo do wielu obrazów nie sposób się było dostać. Nigdy w życiu nie widziałam takiego tłumu w muzeum, nawet w gorącym okresie wakacyjnym w Hiszpanii. Zaległości nadrobiłam niedługo potem, gdy wybuchła pandemia i Rijksmuseum zaoferowało wspaniałą opcję zwiedzania z przewodnikiem w wersji online. Wiem, że to nie to samo, ale było to świetnie zorganizowane i cudnie się oglądało to, co wcześniej widziałam w tłumie i po łebkach.
Oczywiście byliśmy też i w innych muzeach - w Muzeum Van Gogha, w domu-muzeum Rembrandta i w Muzeum Anny Frank. Każde wspaniałe na swój sposób i robiące ogromne wrażenie.
W muzeum van Gogha, szczególnie po obejrzeniu filmu Twój Vincent można było delektować się ogromną liczbą jego obrazów. Są rewelacyjne i tylko żal serce ściska, że był tak bardzo niedoceniony, a obecnie uważa się go za jednego z najbardziej wpływowych malarzy w historii malarstwa. Od kiedy pamiętam uwielbiałam impresjonistów i post-impresjonistów, więc to muzeum mnie po prostu zachwyciło.
Dom Rembrandta to zupełnie inne doświadczenie, ale też ciekawe. Momentami miałam wrażenie, że on właśnie wyszedł z pracowni i zaraz wróci. Na stolikach stały pootwierane farby czy też składniki do ich zrobienia, w sypialniach były niedbale zaścielone łóżka. Niemal czekałam aż zaraz wejdzie Rembrandt i powie "a co wy tu robicie".
Zwiedzanie można zacząć od zobaczenia makiety całego domu, który mieści się na kilku poziomach. To dość typowe, bo kamienice są dość wąskie, więc dom pnie się do góry.
No a przed muzeum tłum turystów czekających na szansę zwiedzenie domu Rembrandta.
Najsmutniejszym miejscem było oczywiście muzeum Anny Frank. Przede wszystkim dlatego, że łatwo można sobie uświadomić, jak mało brakowało, by ocalała. Nawet znając jej historię, ciężko opanować łzy, kiedy zda się z tego sprawę, a także pomyśli o tym, że jedynie jej ojciec przeżył wojnę. Niejakie ukojenie przynosi fakt, że dziewczynka, która marzyła o pisaniu, o zostaniu sławną pisarką, pomimo tego co zgotowali jej i innym Żydom hitlerowcy, stała się nieśmiertelna. Hitlerowcy chcieli wyniszczyć ten naród, a Anne tym pamiętnikiem nie tylko spełniła swoje marzenie, ale żyje w pamięci wszystkich tych osób, które przeczytały jej pamiętnik lub znają jej historię. Do pewnego stopnia dobro zwyciężyło nad złem.
Zwiedzanie również zaczyna się od możliwości obejrzenia topografii i kamienicy, w której mieszkała jej rodzina, a także i okolicy, w której znajdowała się ta kamienica.
A potem wspina się po kolejnych kondygnacjach domu i poznaje historię Anne i jej rodziny.

To właśnie ten niepozorny zeszycik, ukryty przez pracowniczki firmy ojca Anne Frank, jest w głównej mierze jej pamiętnikiem. Nad pomieszczeniami tej firmą, na górnych kondygnacjach budynku, znajdował się tajny/sekretny aneks, w których ukrywała się rodzina Franków, aż do sierpnia 1944, kiedy została aresztowana wraz z pozostałymi ukrywającymi się tutaj osobami. Do dzisiaj nie wiadomo, kto tak naprawdę ich wydał - są różne teorie i podejrzenia, ale nie ma nadal pewności. Mama Anne zmarła w Oświęcimiu z wycieńczenia, a Anne i jej siostra, Margot, po przetransportowaniu z Oświęcimia do Bergen-Belsen zmarły najprawdopodobniej na tyfus w tym właśnie obozie, w lutym lub marcu 1945 r. Kilka tygodniu później, obóz ten został wyzwolony przez wojska brytyjskie. Zabrakło im tak mało....
Pamiętnik i luźne zapiski Anne ocalały najpierw jakimś cudem nie tknięte przez hitlerowców, a potem dzięki zaprzyjaźnionej z nią, kilka lat starszej pracowniczce firmy, Elisabeth "Bep" Voskuijl i drugiej pracowniczce, Hermine "Miep" Gies, które czynnie pomagały w ukrywaniu rodziny Franków. Bep, po kilku dniach ukrywania się po aresztowaniu rodziny Frank, wróciła do kamienicy i zabrała stamtąd porozrzucane kartki z zapiskami Anne, zaś Miep schowała zeszyt. Po wojnie, kiedy Otto Frank wrócił do Amsterdamu, przekazały mu pamiętnik, który stał się jedną z najbardziej znanych na świecie książek, spełniając tym samym marzenie Anne o zostaniu słynną pisarką.
W Amsterdamie mieliśmy jeszcze jedną wycieczkę poznawczą - bardzo szczególną. Zwiedzaliśmy gmach filharmonii, czyli Het Concert Gebouw. Nigdy wcześniej, ani póki co później, nie miałam okazji tak dokładnie przejść się po gmachu filharmonii, poznając takie jego zakamarki, jak apartamenty królewskie i dla VIPów czy pomieszczenia nad salą koncertową, gdzie przez małe otworki w suficie, te w których są zamontowane np. światła czy malutkie mikrofony, mogłam spojrzeć na salę koncertową z góry.
Oczywiście byliśmy też i na koncercie, gdzie siedzieliśmy nietypowo jak dla mnie, bo na miejscach na scenie, a więc za orkiestrą, chórem i solistami. Pierwszy raz obserwowałam więc dyrygenta od przodu. Oczywiście widywałam ich z tej perspektywy, ale wyłącznie na filmach czy transmisjach telewizyjnych. Tu jednak takie miejsca sprawiły, iż widziałam go w czasie pracy.
I właśnie przed tym koncertem zjedliśmy oliebollen, polecane nam przez koleżankę Oli z liceum. Oliebollen są tradycyjnym smakołykiem okołonoworocznym i można je jeść w wersji z jabłkami, bakaliami, czy też takimi bez niczego w środku. Co to są oliebollen? Racuchy drożdżowe z tymi właśnie dodatkami, obsypane cukrem pudrem.
To co zaskoczyło mnie w oliebollen w Amsterdami, to fakt, że wcale nie są szykowane na bieżąco - w przeciwieństwie np. do frytek kupowanych w najróżniejszych stoiskach w tym mieście. W okolicach Noordermarkt w dzielnicy Jordaan wręcz można było obejrzeć cały proces produkcji frytek - od obierania wielkich kartofli, przez ich krojenie specjalną krajalnicą, a skończywszy na oczekiwaniu, gdy frytki się usmażą i zostaną podane z puszystym majonezem.
Rozpusta w biały dzień, biorąc pod uwagę, że kiedy czekaliśmy na frytki, to skoczyliśmy też po słynną szarlotkę z bistro/restauracji Winkel 43, znanej nie tylko z ciekawego menu, ale przede wszystkim z pysznej szarlotki, serwowanej w kawałkach tak ogromnych, że wystarczy za lunch, zwłaszcza jeśli wcześniej się wrąbało porcję frytek, a do ciasta zamówiło gorące kakao.
W bistro też była kolejka, ale przyznam, że tak jak ta do frytek, również i ta była warta odstania. Jak łatwo się domyśleć, w Winkel 43 nie było miejsc do siedzenia w środku, by zjeść tam szarlotkę.
Skorzystaliśmy więc z opcji siedzenia przy stolikach na zewnątrz, mimo iż było dość chłodno. Ale dało nam to okazję obserwowania bazaru/marketu dzielnicy Jordaan, jaki w tym dniu odbywał się w okolicy. A obserwowanie życia ulicy jest zawsze ciekawe i wzbogaca nasze doświadczenia z każdego miasta i każdej wycieczki.
Bazar był imponujący. Stoiskom z serami, pieczywem, wypiekami - w tym i oliebollen - warzywami, najróżniejszymi grzybami, świeżymi i wędzonymi rybami nie było końca. Niemal wszystkiego można było popróbować przed zakupem, a i nawet bez kupowania.
W okolicy Winkel 43 jest też kilka małych muzeów, takich jak Muzeum sera czy Muzeum Tulipanów. Są to sklepy z dodatkową częścią, gdzie można zobaczyć ekspozycje im poświęcone i całkiem sporo się dowiedzieć o serze czy tulipanach. W sklepach przy muzeach można kupić i spróbować serów, kupić cebulki tulipanów, w tym nawet i takie, które można wwieźć do Stanów czy Kanady.
To co mnie zmęczyło w Amsterdamie, to wszechobecny zapach marijuany. Ale nic dziwnego, jeśli jest ona serwowana w najróżniejszych postaciach niemal wszędzie. Lizaki, ciasteczka, czekolady, napary, gumy .... do wyboru do koloru. No i oczywiście papierosy, bo to głównie z nich roznosił się zapach.
Na szczęście nie zepsuło nam to wrażeń. Skoncentrowałam się na innych doznaniach:
Na bajecznie kolorowych tulipanach. Zimą oczywiście nie były to świeże kwiaty, ale równie piękne, drewniane tulipany do zabrania na pamiątkę z Amsterdamu.
Na rowerach - i takich najzwyklejszych, i takich przystrojonych, i takich z przywieszonymi zegarami, i takich zwracających uwagę, by zajść do sklepu przed którym stoją.
A także chodakach! O ile te niżej to oczywiście ozdoby, o tyle te na nogach pana przed sklepem (trzeba się troszkę przyjrzeć przez szprychy roweru) zaskoczyły mnie, bo przyznam, że nie sądziłam iż takie chodaki jeszcze ktoś nosi! A nie był to jedyny człowiek w takim obuwiu.
I oczywiście na widokach miasta i ciągnących się kilometrów kanałów. Nawet zrobiliśmy sobie wycieczkę statkiem po nich, ale jednak najładniejsze były za dnia.
Ale to co najpiękniejsze w Amsterdamie to kanały, w których wodzie odbijają się urokliwe kamieniczki. Szczególnie wczesnym rankiem, kiedy szliśmy do muzeum Anne Frank, mieliśmy okazję zachwycić się tym widokiem. Wschodzące słońce zabarwiło niebo na czerwono, co sprawiło że widok był jeszcze piękniejszy.
Nie wiem czy kocham Amsterdam, ale niewątpliwie miasto to ma swój urok i z pewnością chętnie wrócę i do Holandii (czy też jak to się teraz mówi Niderlandów), i do samego Amsterdamu. A póki co powracamy do tego co stało się pretekstem do tego wpisu, czyli do oliebollen. Jak każde racuchy najlepsze są na świeżo. Słynne beignets serwowane w Café du Monde w Nowym Orleanie, mimo iż czeka na nie wygłodniały i spragniony tego jedynego w swoim rodzaju doświadczenia kulinarnego, też są serwowane na ciepło, prosto z patelni, rzec by można. No ale widać, co kraj to obyczaj i przyznam, że oliebollen choć były w smaczne, wcale mnie na początku nie urzekły. Doświadczenie kulinarne jednak mi podpowiadało w czym tkwi problem. Potwierdziło się to, gdy zrobiłam je sama według sprawdzonego przepisu, który dostałam od znajomych Holendrów. Były smaczne i chętnie się je pochłaniało w ilości nieco większej niż powinno. 😉
0.6 oz /20 g świeżych lub 2.25 łyżeczki suchych drożdży (zobacz uwagi dodatkowe)
1 szklanka letniego mleka
2.25 szklanki mąki
1 jajko
1/2 szklanki suszonych żurawin,
1/2 szklanki rodzynek
1 średniej wielkości kwaskowate jabłko typu Granny Smith
1/2 łyżeczka soli
olej do smażenia
cukier puder do posypywanie gotowych racuchów
W sporej misce wymieszać mleko i drożdże, a następnie zostawić na ok. 10-15 minut by zaczęły pracować.
W tym czasie obrać jabłko, i bardzo drobno pokroić w kostkę.
Kiedy drożdże w widoczny sposób zaczną pracować, czyli spienią się dodać mąkę, jajko i sól. Dobrze wymieszać, by wszystkie składniki połączyły się w jednolite ciasto. Pod koniec dodać żurawiny, rodzynki i jabłka i dobrze je wmieszać w ciasto.
Miskę z gotowym ciastem odstawić w ciepłe miejsce, nakryć ściereczką i pozwolić wyrosnąć.
Kiedy ciasto jest gotowe, w sporym rondlu rozgrzać olej do smażenia. Powinno go być około 4 szklanek. Kiedy osiągnie temperaturę 375 F/190 C, smażyć na nim oliebollen - delikatnie, przy pomocy dwóch łyżek zsuwać do oleju porcje ciasta. Smażyć na złoty kolor. Oliebollen nie będą tak kształtne jak pączki, ale na tym polega ich urok.
Usmażone oliebollen wyjmować łyżką cedzakową - najlepiej na ręcznik papierowy, by odsączyć z nadmiaru tłuszczu, a następnie przekładać na talerz. Posypać hojnie cukrem pudrem i od razu zjadać. Smacznego!!!!
Uwagi dodatkowe
- Podane ilości drożdży odpowiadają małej kostce świeżych drożdży i typowej saszetce suchych drożdży dostępnych w sklepach spożywczych
- Jabłka po obraniu kroję krajalnicą najpierw na ósemki, a te później kroję na drobne kawałeczki.
- Co prawda nie zdarza się często by nam zostały nadmiary oliebollen czy podobnych wypieków (a bardziej wysmażków), ale jeśli tak się zdarza, to można je zjeść na zimno lub odświeżone poprzez króciutkie podgrzanie w kuchence mikrofalowej - dosłownie kilka sekund lub w airfryerze.
No comments:
Post a Comment