Kiedyś gdzieś wyczytałam, że strasznie dużo marnujemy wartościowego jedzenia, z czym generalnie się zgadzam. Kiedy widzę ile jedzenia ląduje w śmieciach przy wielu okazjach, to aż mną wstrząsa. Wiele razy ratowałam przed wyrzuceniem jedzenie po imprezach i nie zdarzyło się, by ono komukolwiek zaszkodziło, Wiele razy tłumaczyłam, że jedzenie magicznie się nie psuje w dniu upływu terminu przydatności czy też by nie wyrzucać jak leci całej zawartości zamrażalnika, tylko dlatego, że przez kilka godzin nie było prądu, tylko zastanowić się co de facto się nie nadaje (np. lody), a co nie miało szansy się zepsuć, zwłaszcza, jeśli zamrażalnik nie był otwierany. Ale autor artykułu nie miał akurat na myśli po prostu wyrzucania jedzenia na co dzień, a wyrzucanie czegoś, co według nas się nie nadaje, a tak naprawdę jest wartościowe i odżywcze. Jako przykład podał czosnek po kiszeniu ogórków. Hmm.... Faktycznie! Ja też go nie zachowuję, szczególnie gdy nabierze zielonkawo-niebieskiego koloru. Tymczasem, kiszony czosnek nie dość, że ma wszelkie właściwości zwykłego, surowego czosnku, to jeszcze jest delikatniejszy w konsumpcji - na kanapkach czy sałatkach. Ponadto nie ma tak ostrego i drażniącego zapachu. Słowem same zalety. Zachęcona peanami na temat tak przygotowanego czosnku, postanowiłam spróbować. I co tu dużo mówić - warto! Robota żadna - no prawie, bo czosnek trzeba obrać, a efekt znakomity.
Omlet ten to deser i lekki obiad w jednym. jemy go i wtedy, gdy nikt nie ma pomysłu na obiad, i wtedy, gdy niespodziewanie wpadnie gość, a w domu nie ma nic do herbaty. Ponieważ zawsze są jakieś owoce, to dzięki takiemu omletowi szybko można przygotować coś, czemu jeszcze się nikt nie oparł. Omlet można zrobić w wersji z zapiekanymi na nim owocami. Doskonale sprawdziły się w tej wersji śliwki, brzoskwinie i naktarynki. Można też upiec go bez owoców, a dopiero po upieczeniu je dodać - tu rewelacyjnie pasują truskawki, jeżyny, maliny. jagody, maliny. Ponieważ omel jest bez cukru, trzeba go lekko przypruszyć cukrem pudrem lub podać z dodatkiem bitej śmietany.
Clam chowder, czyli kremowa zupa z małży, była pierwszym daniem jakie poznałam po przeprowadzeniu się do Seattle. W sieci Ivar's można zawsze i wszędzie ją dostać - nawet na promach łączących Seattle z okolicznymi wyspami. Po dniu spędzonym na wycieczkach smakowała jak nic innego. Wiele razy jadałam je na promie i pokochałam je na dobre. Z czasem dowiedziałam się, że odmian clam chowder jest kilka, a także, że w naszym rejonie popularne są inne odmiany kremowych zup zrobionych na bazie ryb i owoców morza. I tak z czasem zaczęłam mieć swoje ulubione miejsca do ich jedzenia.
Ten tort jest zdecydowanie najulubieńszym w naszym domu. Nie jest zbyt słodki, co jest jego wielkim atutem, biorąc pod uwagę jego bogatość. Jest lekki, gdyż nie ma w nim ciężkich kremów, a zdecydowany smak kawowej śmietanki wykorzystanej do przełożenia i obłożenia z wierzchu podkreśla jego walory smakowe. Kombinacja z czekoladą użytą do polania oraz czekoladowym biszkoptem jest po prostu idealna i sprawdzona. Słowem, ten tort nie ma szansy nie smakować.
Tradycyjnie, Włosi przygotowują piccatę z cielęciny (piccata di vitello al limone) lub ryby (pesce spada con capperi e limone). Samo słowo piccata to żeńska forma słowa piccato - znudzony. Jednak w kulinarnym kontekście oznacza pokrojony na plastry, obsmażony i podawany w sosie z masła, cytryny i przypraw. I takie właśnie jest to danie. Proste w smaku i proste w wykonaniu.
Nie wiem czemu nie wpadłam na ten pomysł wcześniej. Chyba tylko dlatego, że mój-nie mój wolnowar stał schowany i nie był używany; przez to że był pożyczony na jedną okazję, nie miałam poczucia, że jest mój i nie chciałam go używać, a kiedy się okazło, że M. już wcale go nie chce, został ze mną jako mój. I stał gdzieś na półce, zbierał kurz i czekał na lepsze dla niego czasy. Kiedy zaś zawitał w kuchni i już z niej nie wyszedł, tylko zaczął służyć, okazało się, że nadaje się i do robienia powideł. Teraz zastanawiam się czemu tak długo nie pomyślałam, że zrobienie powideł w wolnowarze to czysta przyjemność. Nie trzeba o nie się martwić, nic się nie przypala. Rzec by można, powidła robią się same, rozsiewając wspaniały swój zapach. Po zakończeniu, garnek myje się ściereczką, bez drapania i skrobania, co niestety było ostatnim etapem robienia powideł również i w piekarniku, gdyż pryskające powidła zawsze zapiekły się na brzegach garnków. Nie wspomnę już o tym, że piekarnik nie rozgrzewa kuchni do temperatury ciężkiej do zniesienia w ciepłe letnie czy jesienne dni. Słowem - same zyski. Ot, gapa ze mnie. 😉
Powoli zaczyna się sezon na zupy. Lato, choć jeszcze jest z nami, oddala się coraz bardziej. W powietrzu czuć już rześki i chłodny powiew jesieni, która zaraz do nas dotrze. I choć do zimnych, burych i ponurych dni jeszcze nam daleko, to zaczynamy się oswajać z myślą, że w jest chłodniej i czas żegnać się z latem. Bób kiedyś kojarzył mi się tylko z latem. Kupowałam go w charakterystycznych woreczkach. To była uczta! Przez lata tęskniłam za bobem, bo był to rarytas podczas letnich wyjazdów do Polski. Jednak od czasu gdy w Kirkland pojawiły się perskie delikatesy, bób stał się więcej niż letnim smakołykiem. Tu bób można kupić cały rok. Może nie jest tak wspaniały jak ten świeżo łuskany, ale nadal pyszny. Zrobienie z niego zupy, to żaden problem. Zupa ta, poza walorami smakowymi, jest doskonała i w wersji z bulionem mięsnym, i w wersji wegetariańskiej czy wegańskiej.