May 11, 2020
Łasuch literacki ponownie - małdrzyki Kreski
Podróż sentymentalna do czasów czytania "Opium w rosole". Och jak się czekało na kolejne części książek Malgorzaty Musierowicz. Pamiętam, że mój brat pożyczył ją od koleżanki. Sam czytał pierwszy, a potem dał mi do czytania. Książkę obłożyliśmy szarym papierem by wyglądała jak jakaś pożyczona z biblioteki, a nie zdradziła nas okładką. Nasza mama się wściekała, że nie dostała jej pierwsza. To były czasy! Nie to co teraz, kiedy większość książek ściągam od razu na Kindla i czytam chwilę po ukazaniu się, bez takich podchodów. A my byliśmy maniakami czytania. Czasem robiliśmy coś, co teraz wydaje mi się w sumie okropne, a wtedy miało swój urok. Siedzieliśmy razem w kuchni jedząc np. zupę i każde czytało swoją książkę. No ale jak się oderwać od ciekawej lektury? Teraz na taki luksus pozwalam sobie tylko w dni, gdy nie ma wokół mnie rodziny - jestem sama w domu, z tych czy innych powodów. Te chwile z przeszłości, z manią czytania, przypominały mi książkę Marii Pruszkowskiej "Przyślę Panu list i klucz". Tam też byli tacy maniacy czytania. Strasznie mi się podobali. Wracając jednak do małdrzyków, to Kreska je robi na kolację, dla siebie i dla Aurelii vel Genowefy Bombke/Trombke. Genowefa zajada się nimi aż do bólu brzucha. Małdrzyki to w sumie nic wielkiego - ot, danie kryzysowe, choć uważane za tradycyjne. U mnie nie było to danie kryzysowe, bo do kryzysu nam daleko, ale takie, którym można w smaczny sposób pozbyć się zapasów czy też zalegającego serka. Na późne śniadanie weekendowe lub na lunch idealne.
May 10, 2020
Biały chłodnik
May 07, 2020
Steki z kalafiora
Na pierwszy rzut oka, przepis wydaje się skomplikowany. Ale de facto nie jest. Na pewno zaś jest wart wypróbowania, bo tak przygotowany kalafior jest rewelacyjny.
May 05, 2020
Mango salsa
Jakiś czas temu zauważyłam, że te bardziej egzotyczne owoce kojarzą się z deserami. Kiedy w czasie wesela na którym byłam jakiś czas temu w Polsce podano kurczaka z ananasem, jeden z gości skomentował, że nie wie czy to jeszcze obiad czy już deser, bo owoce podaje się na deser. Pamiętam, że mu odpowiedziałam, pytając do jakiej kategorii w takim razie zalicza się kaczka podawana z jabłkami i żurawinami lub borówkami.
Mango w wersji bardziej wytrawnej jadłam czasie podróży do Meksyku. Nagle odkrył się przede mną owoc o nowych możliwościach i pasujący do dań. Regularnie moja koleżanka Joyce je mango lekko posolone i takim częstuje innych. Ta salsa przeszła moje oczekiwania, chociaż została zrobiona nieco przypadkowo - dla odmiany, z tego co było w domu. Co prawda już kiedyś zrobiona salsa z brzoskwinią okazała się przepyszna - nie tylko do jedzenia z taco czy innymi potrawami meksykańskimi, ale po prostu jako sałatka. Salsa z mango jest chyba jeszcze lepsza. Orzeźwiająca w smaku, świetnie skomponowana smakowo z pomidorami i listkami kolendry.
Muffinki bananowe z drobinkami czekoladowymi i orzechami
May 03, 2020
Czerwona kapusta po koreańsku
Zasadniczo nie jestem wielką wielbicielką czerwonej kapusty, ale w tej wersji jest ona wybitnie dobra. Zachęciła mnie do niej Ania, moja przyjaciółka wegetarianka. To u niej można zjeść różne warzywne smakowitości. A ja coraz częściej potrzebuję więcej warzyw i owoców niż mięsa. Wyszukuję więc w pamięci różne dania warzywne. Obiad bez dwóch różnych warzyw tak na dobrą sprawę uważam ze byle jaki. I żadnym z tych warzyw nie mogą być kartofle. 😉
Przed zrobieniem tej kapustki wstrzymywał mnie brak papryki gochugaru. Teoretycznie mogłam kupić ją na amazon, ale nie do końca byłam przekonana do kupowania przyprawę dla jednej potrawy. W końcu więc pogodziłam się z tym i postanowiłam ją zastąpić przyprawą Sambal Oelek. Być może autorka oryginalnego przepisu uznałaby to za profanację, ale dla mnie różnica nie była tak znacząca. Dokonałam jeszcze jednej drobnej modyfikacji - użyłam oleju z prażonego sezamu, co moim zdaniem dodało ciekawego smaku kapuście. Na pewno nie powinno się wydłużać czasu smażenia, gdyż kapusta ta jest dobra w wersji lekko twardawej, chrupiącej.
May 02, 2020
Bajgle
Dawno temu, kiedy byłam jeszcze na studiach, na lunch schodziłam do kafeterii w Patterson Office Tower. Kupowałam sobie blueberry bagel. Do tego brałam kawę, czy też płyn zwany kawą. Do dzisiaj lubię takie jagodowe bajgle i zwykle je jadam w podróży lub na pracowych śniadaniach czy zebraniach. Ale raz na jakiś czas nachodzi naszą rodzinę ochota na regularne bajgle. Według mnie najlepsze są w Safeway'u - świeże i smakowite. Wcale nie są gorsze od tych, sprzedawanych przez piekarnie specjalizujące się w bajglach. I wtedy, kiedy nachodzi nas ochota na bajgle, kupujemy kilka i zajadamy się nimi - z serkiem typu Philadelphia czy z łososiowym. Po czym następuje przerwa. I chyba też dlatego jakoś nigdy nie chciało mi się ich piec; proces ich robienia sprawiał, że nie chciało mi się w to bawić - obgotowywanie, potem pieczenie nie przemawiały do mnie. Zresztą po co, skoro bez wysiłku można było kupić świetne gotowe. No właśnie ... można było. Teraz też można, ale wyjście do sklepu to już nie to samo co kiedyś.
Bajgle już zawsze będą mi się kojarzyć z wirusem i pandemią. To przez nie trafiłam w lutowy piątek do Costco, w czasie gdy zupełnie tego nie planowałam - rzec by można w czasie lunchu. To przez nie postanowiłam skorzystać z okazji i zrobić zakupy, które oryginalnie zaplanowałam na kilka dni później. To przez nie, a jak się okazało później, dzięki nim, kupiłam bez problemu rzeczy, które po 24 godzinach będą nieosiągalne - wszelkiego rodzaju środki dezynfekujące do domu i pracy, gdzie właśnie mi się pokończyły, a także zrobiłam regularne zakupy. Następnego dnia, kiedy okazało się, że mieszkamy w epicentrum epidemii, że ośrodek opieki Life Care Center jest 300 metrów od nas, kiedy sklepy zamykano w środku dnia, bo tylu było klientów, że następowało przeludnienie, myślałam jak to czasem dziwnie się układa w życiu, że przypadki decydują o tym co wokół nas się dzieje. Ale wracajmy do bajgli - dzisiaj łatwiej chyba je zrobić, niż dodawać je do listy zakupów. Pierwszą próbę uważam za udaną, chociaż wiem, że nie jest to koniec poszukiwań idealnych bajgli. Mój największy domowy pożeracz bajglowy domaga się kolejnych. Na pewno, bo w ostatnim czasie, korzystając z ograniczeń pandemicznych i pracy z domu częściej piekę - nie tylko w weekendy. Choćby dlatego, że w dowolny dzień mogę nastawić rano chleb czy bułki, by je upiec po południu.
Bajgle już zawsze będą mi się kojarzyć z wirusem i pandemią. To przez nie trafiłam w lutowy piątek do Costco, w czasie gdy zupełnie tego nie planowałam - rzec by można w czasie lunchu. To przez nie postanowiłam skorzystać z okazji i zrobić zakupy, które oryginalnie zaplanowałam na kilka dni później. To przez nie, a jak się okazało później, dzięki nim, kupiłam bez problemu rzeczy, które po 24 godzinach będą nieosiągalne - wszelkiego rodzaju środki dezynfekujące do domu i pracy, gdzie właśnie mi się pokończyły, a także zrobiłam regularne zakupy. Następnego dnia, kiedy okazało się, że mieszkamy w epicentrum epidemii, że ośrodek opieki Life Care Center jest 300 metrów od nas, kiedy sklepy zamykano w środku dnia, bo tylu było klientów, że następowało przeludnienie, myślałam jak to czasem dziwnie się układa w życiu, że przypadki decydują o tym co wokół nas się dzieje. Ale wracajmy do bajgli - dzisiaj łatwiej chyba je zrobić, niż dodawać je do listy zakupów. Pierwszą próbę uważam za udaną, chociaż wiem, że nie jest to koniec poszukiwań idealnych bajgli. Mój największy domowy pożeracz bajglowy domaga się kolejnych. Na pewno, bo w ostatnim czasie, korzystając z ograniczeń pandemicznych i pracy z domu częściej piekę - nie tylko w weekendy. Choćby dlatego, że w dowolny dzień mogę nastawić rano chleb czy bułki, by je upiec po południu.
Subscribe to:
Posts (Atom)