Jest to bezdyskusyjnie jeden z najlepszych chlebów jakie zrobiłam. Od początku wszystkim przypadł do gustu. Pierwszy bochenek został pochłonięty w oka mgnieniu. Szybko więc trzeba było robić kolejne, co zresztą nie jest zbyt kłopotliwe bo chleb sobie rośnie bez naszego udziału. Przepis oryginalny pochodzi z książki Flour Water Salt Yeast: The Fundamentals of Artisan Bread and Pizza. Jak każdy chleb wymaga czasu i naszej cierpliwości. Nagrodą jest wspaniały chleb. Przepis jest lekko zmodyfikowany - zaczyn zrobiony został z połowy składników i w całości wykorzystany, gdyż nie bardzo mogłam uzasadnić pozbywanie się sporej jego ilości. W oryginalnym przepisie zalecane jest użycie 360 g zaczynu. Robiłam w obu wersjach i w obu chleb był doskonały. Z czasem też nauczyłam się pomijać długi okres wyrastania chleba co znacznie uprościło jego przygotowanie, a zupełnie nie wpłynęło na jego smak.
Babcia Irena, do smażenia naleśników zawsze używała starej, żeliwnej patelni posmarowanej kawałkiem słoniny. Do naleśników zwykle był ser biały z kawałkami skórki pomarańczowej. Ta skórka korciła jak słodycze. Stał bowiem u Babci słój ze skórką - taki starodawny, z uszczelką, a nie zakręcany. Jako dziecko nie dawałam rady go tak łatwo otworzyć. 😉 Dzisiaj nadzienia można robić z wielu innych rzeczy - grzybów, owoców, serków, twarożków smakowych, dżemów, polew czekoladowych i karmelowych. Co komu fantazja podsunie. U nas w domu, szczególnie w tej młodszej grupie wiekowej, największą popularnością cieszą się naleśniki z Nutellą. Dla ugaszenia wyrzutów sumienia zajadane są również z owocami. ;)
Pizza w Tony's Pizza Napoletana sprawiła, że po raz kolejny zabrałam się za robienie pizzy w domu. Co prawda nie do końca była taka jak tam, ale... Całkiem nieźle jednak ją imitowała, a co najważniejsze była pyszna i pozostawiała miłe uczucie jakie się ma po zjedzeniu włoskiego dania. :)
Walorem tego przepisu na ciasto na pizzę jest to, że wymaga ono minimalnego nakładu pracy. Autorem przepisu jest Jim Lahey, ten sam, który stworzył przepis na chrupiący chleb bez zagniatania. Nie byłabym sobą, gdybym nie zmieniła czegoś w przepisie - w tym konkretnym wypadku - czasu potrzebnego do wyrośnięcia ciasta. Po 2 godzinach podwoiło ono swoją objętość i kompletnie zignorowałam czas podawany w przepisie, wahający się między 9 a 18 godzin.
Nie odważyłam się również wyciągać ciasta tak jak to robi Jim Lahey i kucharze/piekarze w pizzeriach. Może kiedyś dojdę do takiej wprawy. Zmieniłam również i sposób pieczenia, zwłaszcza, że jego jest równie dobry jak inne. Najważniejsze jest jednak cieniutkie rozciągniecię pizzy. Ciasto praktycznie powinno prześwitywać, a i tak jeszcze lekko urośnie.
Co zrobić, gdy po uczcie homarowej zostanie go na tyle, że starczy na skromniejszy posiłek? Jak odgrzać, by nie zrobił się nieciekawy smakowo? Oczywiście resztki można użyć do dowolnej sałatki, ale nie zawsze mamy na nią ochotę. Dla mnie, rozwiązaniem było podgrzanie homara w sosie zrobionym z wina, masła i czosnku. Do tego prosta sałatka, typu czysty ceasar i bagietka smarowana pieczonym czosnkiem.
Sos ten można wykorzystać również i do maczania homara - wcale nie musi on służyć do odgrzewania resztek homara.
Kiedyś, dawno temu, w zamierzchłych latach siedemdziesiątych, tata był na obiedzie służbowym w hotelu Victoria. W tamtych latach Victoria była jednym z najbardziej luksusowych hoteli w Warszawie i wręcz Polsce. Przy wejściu stali panowie, dość skutecznie utrudniający wejście do hotelu. Cały więc jego luksus i czar można było podziwiać zza przydymionych okien lub z tego co się wypatrzyło przechodząc obok automatycznie otwierających się drzwi. Czyli niewiele. Nic więc dziwnego, że byliśmy strasznie ciekawi co dostał na obiad w tak luksusowym miejscu. Okazało się, że golonkę, nad którą się później rozpływał w swojej opowieści. Niewiele mi to danie mówiło, bo w domu nie jadaliśmy golonki. Dopiero po latach przyszło mi jej spróbować, zwłaszcza, że w latach osiemdziesiątych, w największym kryzysie doszłam i do tego, że nabyłam ćwiartkę świni, a z nią pierwszą golonkę do zrobienia.
Kolejna wersja chleba bez wyrabiania - tym razem z mąki razowej. Dla odmiany, a przede wszystkim by było zdrowiej. Ten chleb po prostu sam się robi i trzeba tylko i wyłącznie czasu, aby wyrósł. Po upieczeniu zaś potrzebna jest wyłącznie silna wola, by go nie jeść na ciepło czy wręcz na gorąco. Jest przepyszny, a chrupiąca skórka zachęca do dobrania się do niego, gdy jeszcze parzy w ręce.
O restauracji Din Tai Fung pisałam już kiedyś kontekście pierogów polskich i chińskich. Ponieważ lubimy kuchnię chińską, dość szybko staliśmy się regularnymi bywalcami tej restauracji. Nie jest to jednak łatwe, gdyż nie można zrobić tu rezerwacji, a zgłoszenie, choć odnotowane godzinowo, przyjmowane jest dopiero gdy jest cała grupa. Odczuliśmy to boleśnie gdy przy pierwszej wizycie dowiedzieliśmy się, iż nie dostaniemy miejsc aż wszyscy będą na miejscu. Początkowo wydało się nam to zupełnie niezrozumiałe; jednak po posadzeniu przy stoliku dość szybko zrozumieliśmy dlaczego zasada ta jest tak ściśle przestrzegana. Nie zmienia to jednak faktu, że utrudnia to wizyty w tej restauracji. Jeśli dodamy do tego jej popularność, to zasada ta, jak i kolejka, szczególnie w weekedny, może odstraszać. Dlatego też zawsze chodzimy do Din Tai Fung w zwykłe dni - wówczas czas oczekiwania w porze obiadowej na 4-5 osobowy stolik nie przekraczał 20 minut. Przy większym stoliku był dłuższy - do 1 godziny, którą łatwo można było spędzić robiąc coś w pobliskim mallu.