Najlepszą rybę robiła oczywiście Babcia Regina. To mój niedościgły wzór do naśladowania w kuchni. Nikt nie umiał tak gotować jak ona. Była absolutną mistrzynią. Co piątek przychodziłam do niej na obiad po szkole. Była ryba lub placki z jabłkami. Może były i inne dania, ale te jakoś mi się kojarzą z piątkami u niej. Babcia nigdy nie narzekała na ryby. No może tylko na karpia cuchnącego mułem, ale to tylko takiego karpia giganta. Sama nawet nie spojrzała w jego stronę, więc nawet i karp był u niej dobry. Mówiła, że musi być nie większy niż 1.2 - 1.3 kilograma. Inaczej właśnie zalatuje mułem. Na co dzień, czy też na co piątek, były inne ryby - dorsz, błękitek, mintaj. Tego ostatniego bardzo lubiła, więc kiedy udało mi się go odkryć tutaj, to aż podskoczyłam z radości. . Zawsze był super usmażony, z chrupiącą panierką. Do tego często była kapusta kiszona, kupowana u jej pani, pod Halą Mirowską. Babcia gromadziła tę kapustę póki mogła wyjść, by zimą nie ryzykowała wywrotki na śliskim chodniku. Obiad prosty, ale pyszny. Może dlatego, że było w nim tyle babcinego serca.... Zawsze kiedy smażę rybę wspominam te piątki u Babci. Szkoda, że nie da się cofnąć czasu, choćby ten jeden raz.





