A tak przy okazji. Pączki te, niczym fasolka po bretońsku czy ryba po grecku nie mają nic wspólnego z miejscami, którym są przypisywane. Ani w Wiedniu, ani w Hiszpanii takich się nie uświadczy. Co nie znaczy, że nie są smaczne. 😉
A tak przy okazji. Pączki te, niczym fasolka po bretońsku czy ryba po grecku nie mają nic wspólnego z miejscami, którym są przypisywane. Ani w Wiedniu, ani w Hiszpanii takich się nie uświadczy. Co nie znaczy, że nie są smaczne. 😉
Zupełnie przypadkowo trafiłam na opowieść o pets de sœur, czyli alternatywie dla pączków, ale nie tłustego jedzenia na koniec karnawału. Według jednej z legend w zakonie we Francji, siostry uwijały się w kuchni szykując najróżniejsze łakocie. W pewnym momencie jedna z nich puściła bąka, co inną bardzo ubawiło i sprawiło że nieco ciasta ptysiowego wpadło do rozgrzanego oleju. I powstały nieforemne, ale smaczne kuleczki. Według innej wersji, nazwa wywodzi się od dźwięku jaki wydają smażone w oleju kuleczki. Jaka by nie była geneza, uznałam, że już dawno nie szykowałam niczego na koniec karnawału i warto spróbować zrobić te kuleczki. Każdy, kto umie zrobić ciasto parzone, takie jak na ptysie, nie będzie miał żadnych trudności z przygotowaniem pets de sœur. Odrobina cierpliwości i uwagi przy wykładaniu ich do rozgrzanego oleju, a po chwili będziemy mieć nieco inny deser na zakończenie karnawału.
Największe odkrycie roku - w Kirkland pojawiły się pączki. Trzeba było się najpierw uzbroić w cierpliwość, bo pączki pojawiały się tylko w weekendy, a chętnych było dużo. Ale w końcu udało się trafić na czas i kupić pączki.
Pączki przyciągnęły moją uwagę, gdy pojawiły się na zdjęciach sąsiedzkiej grupy facebookowej. Wyglądały autentycznie i adekwatnie do swojej nazwy. A po spróbowaniu okazały się być naprawdę dobre. Wiadomym się stało to, że musi je smażyć ktoś, kto zna polskie pączki. Wiemy, że Mark, ale nic więcej. Ale czy to ważne? 😉