Kuchnia śródziemnomorska to jedna z moich ulubionych kuchni. Bogata w warzywa, oferująca ciekawy smak i różnorodność potraw. Stąd mogę siebie nazwać stałym bywalcem śródziemnomorskich restauracji czy bistro. A w Seattle ich nie brakuje - od zwykłych barków sprzedających gyros, jak choćby ten przy Pike Place Market, a skończywszy na Petrze czy Mamnoon Station. Ileś z nich odwiedziłam; niektóre wielokrotnie. Każdy bowiem oferował dobre jedzenie, dość szybko podane. A poza tym, kuchnia śródziemnomorska uchodzi za tę najzdrowszą - a więc była dla mnie najlepszą i najsmaczniejszą opcją na lunch - jeśli nie liczyć tego zrobionego w domu.
Jakoś nigdy wcześnie nie pomyślałam o tym, że Public Market jest swego rodzaju Halą Mirowską Seattle. W środku, można znaleźć sklepy i stragany z całą masą różnych rzeczy - od suchych i żywych kwiatów, warzyw, ryb, naturalnych produktów po włoskie delikatesy i bistro. Na zewnątrz, na straganach, też sporo można kupić - warzywa, owoce, cydr, kwiaty. A dookoła są jeszcze sklepy i miejsca, gdzie można coś przekąsić. Słowem kolorowo tu i gwarno jak za najlepszych czasów pod Halą Mirowską. Do pełni szczęścia brakuje tylko beczek z kiszoną kapustą, ogórkami i śledziami, butelek z kwasem na żurek i wianuszków z grzybami suszonymi. Lubię tu wyskoczyć w czasie lunchu, bo nawet jeśli nic nie kupię, to widok kolorowych owoców, warzyw i kwiatów czy zasłyszane okrzyki i przyśpiewki sprzedawców ryb wprawiają mnie w dobry humor.
Jakiś czas temu bardzo przypadkowo natknęłam się na ten przepis na ciasteczka. I zaintrygował mnie, bowiem ciasteczka beż mąki i cukru mało ciasteczkowo się zapowiadają. Zbyt zdrowo, by były smaczne. Bez mąki - owszem, to można sobie wyobrazić, gdyż mielone migdały czy orzechy spokojnie ją zastąpią. Gorzej z cukrem. Ale, ale ... przecież są inne formy dosładzania. Z czystej ciekawości zrobiłam pierwszą porcję ciasteczek. Krótko potem była druga, trzecia i następne. Ciasteczka są fenomenalne - słodkie, choć bez cukru, mięciusieńkie i smakowite. Idealne dla osób z ograniczeniami dietetycznymi lub wszystkich, uważających na to co jedzą. Według moich dzieci, ciasteczka smakują doskonale z mlekiem. 😉
Sezon na kapustę trwa. I nawet jeśli nie jest to kapusta tak młoda jak ta wiosenna, to nadal jest taka jak młoda i można z niej zrobić smakowite potrawy, którymi najemy się do syta. Choć szczerze pisząc dla mnie nigdy za dużo młodej kapusty. Nawet pod koniec sezonu na nią mam jej niedosyt.
Choć zwykle robię młodą kapustę tradycyjnie, z koperkiem w dużej ilości i krótko duszoną, to uważam, że czasem warto zrobić coś innego. Stąd pomysł na jednogarnkowy obiad - kapuśniak z młodej kapusty.
Eton mess aux Fraises, bo taka była oryginalna nazwa, to tradycyjny deser angielski podawany od 1893 roku, kiedy to - według historyka królewskiego Arthura Beavana - podano go w czasie garden party w przeddzień ślubu księcia Jorku, George'a, z księżniczką May of Teck. Przyjęło się jednak uważać, że nazwa pochodzi od Eton College, gdzie pierwszy raz go zaserwowano w czasie rozgrywek w cricketa z Harrow School. Oryginalnie deser się składał z truskawek, pokruszonych bez i bitej śmietany, ale dzisiaj podaje się go i z innymi owocami. W latach trzydziestych XX w zaczęto go sprzedawać również i w sklepiku szkolnym w wersji truskawki lub banany z lodami lub z bitą śmietaną. Od 1935 roku podaje się go w czasie Royal Ascot, w wersji oryginalnej lub - od 2013 roku - z malinami i lawendą. Słowo mess odnosi się najpewniej do nieładu jaki panuje w pucharku, w jakim się ten deser podaje. W 2013 roku, w Soho stworzono największą porcję tego deseru, składającą się z 50 kg truskawek, malin i jagód. Ponoć nakarmiono nim ok. 2000 osób. Przygotowując Eton mess, pomyślałam, że niewiele się różni od Pavlovej, tyle że beza jest w rozsypce. Stąd też uznałam, że jest to wersja Pavlovej w rozsypce. 😉 A przy okazji mniej słodka, ale nadal strasznie pyszna.
Szukam nowych smaków łososia. Gości on u nas na stole dość często - szczególnie teraz w sezonie i przyznam, że nie mam ochoty jeść ciągle tak samo robionego. Tym razem więc spróbowałam pieczonego w słodko-ostrej zaprawie a la Był ciekawy w smaku, a papryczka chilli dodała smaku. Nie był wcale zbyt ostry - nawet dla dzieci, które nie przepadają za ostrymi potrawami. Wręcz nawet jedno z dzieci wydało masę ochów i achów na temat łososia i uznało, że to najlepszy łosoś pieczony jakiego kiedykolwiek jadło. 😉
Sos do marynowania można kupić gotowy, a można też zrobić samemu. Ja posłużyłam się przepisem Oksany z iFoodreal. Ona co prawda piekła łososia na grillu i na deseczka cedrowych, a ja po prostu w piekarniku. I wyszedł bardzo dobrze.
Blu Sardinię w Bella Bottega w Redmond odkryłam przypadkowo. Jakoś tak się złożyło, że nikt mi jej nie polecał, a nie do końca była na naszej trasie. Kiedy jednak ją odkryłam, to jestem jej wielką zwolenniczką. Nie zdarzyło się, aby cokolwiek mi tu nie smakowało. Dlatego chętnie tu wracam i chętnie zamawiam i to, co już znam, i to czego jeszcze nie próbowałam.
Choć budynek, w którym mieści się Blu Sardinia wygląda niepozornie, a "starzy" bywalcy tych okolic Redmond pamiętają, że kiedyś tu była niewielka kawiarnia Tully's, to w środku zaskakuje wielkością. Przestronne, jasne sale znajdują się na dwóch poziomach; jest sporo stolików i zrobienie rezerwacji nawet na większą grupę osób, nie stanowi żadnego problemu. Dodatkowo, można urządzić tu imprezę dla naprawdę dużej grupy, choć akurat z tego nie korzystałam. Ale podoba mi się taka opcja, zwłaszcza, że ma się do dyspozycji menu grupowe, a w nim spory wybór dań przy zafiksowanej cenie.