Przez wiele lat słyszałam i czytałam o wyższości majonezu domowego na sklepowym. Ale też i o tym, jak to majonez domowy często się nie udaje, jak nawet najmniejsza różnica w temperaturze produktów źle na niego wpływa. Uznałam więc, że nie warto sobie zawracać głowy. Ale nadszedł taki dzień, kiedy musiałam coś zrobić i zabrakło majonezu. Sklepy, w których kupuję polski majonez były już pozamykane, zwykłego amerykańskiego nie chciałam kupować, więc nie pozostało mi nic innego jak po prostu zrobić własny. Pierwszy, niejako dla potwierdzenia powyższych problemów - zważył się koszmarnie i nadawał się jedynie do wylania. Był to jednak wynik użycia złego mieszadła - rózgi. Potem przypomniałam sobie, że kiedyś, jeden jedyny raz mama czy babcia zrobiły majonez. Zapewne z tego samego powodu co ja w tym momencie. Zrobiły to w zwykłym najprostszym mikserze (tak się kiedyś mówiło na blender kielichowy 😉). Zrobiłam więc drugą porcję i wymieszałam ją najzwyklejszym blenderem ręcznym. Wyszła rewelacyjna, a ja dosłownie w oka mgnieniu miałam miseczkę pycha majonezu. Po takim majonezie ciężko wrócić do tego kupnego.


